| 13. PRACA NA STATKU 45 LAT TEMU |
|
|
|
| Wpisany przez kpt. Władysław Chmielewski |
|
13. PRACA NA STATKU 45 LAT TEMU „Krutynia” – 1965 r. DWT = 675 t. L = 60 m.
Onego czasu byłem zaokrętowany jako 2. oficer, a co się działo – pokrótce Wam opowiem: Będąc II oficerem, mieszkałem wspólnie z III-oficerem. Najpierw był to Felek Bąkowski, znany mi jeszcze ze szkoły morskiej w Gdyni, potem Jan Nowak, kulturysta. Ja nie paliłem papierosów, a Felek ciągle palił fajkę. On kończył wachtę o północy i szedł do kabiny spać, kładł się na górną koję, zapalał fajkę i kopcił! Ja o północy szedłem na mostek na wachtę i kończyłem ją o godz. 4 rano (tak sypiałem przez pełnych 5 lat, gdy byłem II-oficerem). Gdy o godz. 4. rano wchodziłem do zadymionej kabiny, trudno było zasnąć. Okna nie otworzy, gdyż kabinę zaleje woda, drzwi też nie otworzy, gdyż tuż obok wejścia do kabiny było wyjście z maszynowni - zawsze otwarte bo tam gorąco. A żeby było jeszcze gorzej, obok drzwi do naszej kabiny były drzwi do ubikacji, a ponieważ była ona poniżej linii wody za burtą, po "skorzystaniu z niej" należało ją ręcznie wypompować za burtę! Piękne wczasy i wypoczynek na morzu! Rejsy takie sobie, z drobnicą, z polskich portów do Anglii i Francji. W miesiącach wrzesień-październik, gdy na Morzu Północnym wyły sztormy, była to istna mordęga.
Dn. 22.7.1965 r., po następnej 24-godzinnej służbie, o godz. 0800 jadę na kilka godzin do domu; 1630-1700 wypływamy ze Szczecina i w godz. 2315-2400 bierzemy bunkier przy nabrzeżu bunkrowym w Świnoujściu. Zaraz po tym odcumowujemy i wypływamy w morze, a ja pełnię wachtę morską w godz. 00-04. Następnego dnia przepływamy przez kanał Kiloński i 26/1000 cumujemy w Antwerpii. Załadunek trwa kilka godzin, o 1800 już odcumowujemy i płyniemy do Londynu. Następnego dnia 27.7.1965 r., po wachcie 0-4, cumujemy po godz. 1200, ja pełnię służbę aż do następnego dnia do 0800. Wieczorem kończymy załadunek, o 2300 odcumowujemy, mam wachtę 0-4, zdajemy pilota i przez M. Północne, K. Kiloński i Bałtyk płyniemy do Gdańska. Tu 1.8.65 r., jak zwykle, po wachcie morskiej 0-4, cumujemy do Pagedu po ładunek tarcicy o 1000 i od razu pełnię wachtę cały dzień i noc do następnego dnia, do 0800. Pamiętam, że te całonocne wachty były najtrudniejsze w godzinach 0300-0500: oczy się same zamykały, ciało oklapło, gdy tylko usiadłem w kabinie - od razu zasypiałem kamiennym snem. Oficer służbowy jako biuro wykorzystywał własną kabinę, na takich stateczkach nie było oddzielnego pomieszczenia na biuro. W Gdańsku załadunek desek (tarcicy) trwa od 1-9.8.65 r. Piękna pogoda, po lekko odespanej służbie ma się cały dzień i noc dla siebie. I znów 24 godziny służby. Ale załadunek tarcicy nie wymaga aż takiej uwagi jak za- czy wyładunek drobnicy, szczególnie w portach polskich, gdzie robotnicy portowi tylko czyhają, aby kartony porozrywać i coś zwędzić. Wtedy z kolei oficer służbowy musi być obecny w magazynie przy sprawdzaniu co z rozerwanych kartonów zginęło - a wtedy znów robotnicy coś rozerwą, ukradną... i tak na okrągło. Wreszcie 9.8.1965 r. mam służbę 08-23, jest koniec załadunku, odprawa, przeszukanie statku przez urząd celny, manewry wyjściowe z portu i wachta morska 00-04. Tak, zdrowie należało mieć dobre, aby znieść te wszystkie nie przespane noce. Przez K. Kiloński płyniemy do portu Erith w Anglii, kiedy to jak zwykle: mam wachtę 00-04, manewry wejściowe 1000-1030 i od razu służba portowa do następnego, dnia do 0800. Codzienność. I-oficer miał stanowczo za dobrze, gdyż w godz. 08-16, gdy miał obowiązek być na statku, i tak służbę pełnił II albo III-oficer. Po prawie 6-dniowym wyładunku, 18/1700 wypływamy z Erith i przez K.Kiloński płyniemy do Szczecina, gdzie 21/1530 cumujemy w stoczni Parnica na remont. Też piękny postój, sierpień-wrzesień, co drugi dzień wolny, w domu – mieszkałem w Szczecinie. Remont trwał od 21/8 do 8/9/1965 r. Dnia 18 listopada 1965 r. kończę 24-godzinną służbę portową o godz. 0800, wreszcie między 1200-1700 zdaję obowiązki i jadę do domu. Na ulicach leży trochę śniegu, szaro-buro. W 3 godziny później żona Barbara ma bóle, jedziemy do szpitala na Pomorzanach i około 2300 przychodzi na świat nasza córka, która otrzymuje imię Wioletta Beata. Od października jestem studentem WSE w Sopocie. I początki studiów przy wrzeszczącym dziecku nie były łatwe. A na początku 1966 r. otrzymaliśmy mieszkanie spółdzielcze na ul. Felczaka 1/2. Od 1962 r. mieszkaliśmy przez 4 lata na 3 sublokatorkach. Takie to były niewesołe czasy, ale rodziców nie było stać na kupienie nam za kilka tysięcy dolarów własnościowego mieszkania i samochodu, czego dzieci obecnie się domagają.
Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski
|




