Jan Juliusz Pick

SQLP Miecio

Ja to przeżyłem…… 

       W okresie tu opisywanym, porównując się z pozostałymi rybakami polskiego trawlera dalekomorskiego mizernie wypadałem. Byłem bardzo wychudzony. Przy wzroście moim ponad 170 cm waga ciała zaledwie przekraczała 50 kilogramów. W wieku ponad 40 lat wyglądałem jak szczuplutki chłopaczek. Nawet w najskrytszych myślach nie przypuszczałem jednak, że owa mizerność stanie się przedmiotem zainteresowania kolegów a szczególnie z działu hotelowego trawlera potężnej przetwórni m/t Aquila, a w tym stewardów, ochmistrza Kazia wraz ze statkowymi kucharzami i ich szefa Miecia.

 Byłem już na tyle starym i doświadczonym rybakiem że doskonale wiedziałem, iż na każdym statku,  jak to się mówi,  trzeba umieć trzymać język za zębami. Wiedziałem doskonale, iż aby w miarę spokojnie rejs przeżyć, nie wolno na statku o swoim prywatnym życiu na serio rozprawiać, a już Panie Boże Broń o rodzinnych, jeśli takowe istnieją perypetiach.  Jako stary rybak, chyba trochę przez roztargnienie, czy też w chwili słabości oraz przypływu szczerości niestety na m/t Aquila zasadę tę złamałem no i oczywiście na konsekwencje długo czekać nie musiałem. 

 

        Już w pierwszych dniach mojej pracy na statku podczas kolejnego śniadania z widocznym oddaniem i z wyraźną troską w głosie steward Andrzej zagadał;

- Panie radio! Wszystkie chłopy w polskim rybołówstwie to takie jakieś napakowane a z pana niespotykana tu mizerota! Wiesz pan co? Gdy szef kuchni, kuk Mieciu tylko ujrzał pana, to bardzo się zatroskał! Jest bardzo ciekawy i wciąż mnie pyta dlaczego pan tak mizernie wygląda? 

- A skąd u niego taka troska? Jak zdążyłem zauważyć jego tusza od tradycyjnego wyglądu zawodowego kuka okrętowego także mocno odstaje. No i dlaczego on sam mnie o to nie spyta?

- Bo zajęty jest. Obiad przygotowuje. A pro po, Miecio jest świeżo po operacji i chyba dlatego teraz jest taki szczupły.

- O…o! No to niech nam chłop szybko zdrowieje, bo naprawdę wyśmienicie gotuje. Niech mu pan mu to przekaże. No ale tajemnicę mojej lichej postury może poznać dopiero wtedy,  gdy ten obiadek już ugotuje! Wcześniej nie da rady!

- Panie Radio! Panie Juliuszu! No niech pan nie będzie taki! No niech pan choć nam tu i teraz tę tajemnicę zdradzi! – przymilał się ochmistrz Kaziu. 

- A tam! A tam! Nie ma o czym opowiadać!– broniłem się nieudolnie.

- A może jednak - nalegał ochmistrz!

- Ale to bardzo długa historia! Nie warto sobie tym głowy zaprzątać!

- Ależ nalegamy! Bardzo nalegamy! –  nie odpuszczał ochmistrz.

- Ale odpowiedź, to właściwie długa opowieść – tłumaczyłem ulegle -  Podczas tego śniadania? No nie! Czasu nie starczy.

- No ale to tak w telegraficznym skrócie! Z uwagą wysłuchamy!

- Dobrze, panie Kaziu! – łatwo ustąpiłem – Posłuchajcie więc! Był to straszny rejs. Już od ponad 3 lat nie mogę się po nim pozbierać! A zaczęło się to tak. 

 

       Zawsze byłem krnąbrnym człowiekiem i bardzo na niesprawiedliwość wyczulonym. Podczas strajku w 1981 roku, w których bardzo intensywnie uczestniczyłem, jak zapewne pamiętacie byłem w ścisłym kierownictwie Komitetu Strajkowego. Koledzy przydzielili mi bardzo odpowiedzialną funkcję zakładowej służby bezpieczeństwa. Otóż po zakończeniu strajku,  ustami gryfowskiego z-cy dyrektora do spraw zaopatrzenia, komuniści poinformowali mnie, że na lądzie na poprzednie stanowisko powrócić już nie mogę. A jak niektórym jest wiadomo sprawowałem w tym czasie na lądzie stanowisko głównego specjalisty do spraw radiokomunikacji i elektroniki morskiej w PPDiUR „Gryf” w Szczecinie. Jako alternatywę wskazano mi możliwość powrotu na morza i oceany. I tak po raz pierwszy komuna pokazała swe pazury.  Moja riposta była krótka. Powrót do pracy na morzu owszem, ale za konkretne pieniążki! Czyli zgadzam się na powrót do pracy na morzu, ale na statki pływające pod obcą banderą. Łatwo się zgodzili. Chyba zbyt łatwo. Tak prawdę mówiąc w tym czasie powinien to być dla mnie sygnał ostrzegawczy, który niestety ku swemu późniejszemu utrapieniu zignorowałem. Najpierw popłynąłem w krótki bodajże miesięczny rejs na naszym gryfowskim szkolnym trawlerze Zespołu Szkół Morskich w Kołobrzegu m/t Admirał Arciszewski. Wróciliśmy do Kraju tuż przed wprowadzeniem przez Ślepowrona stanu wojennego. Zdjęli mnie z Arciszewskiego. Ponad rok czasu jako dejman szlifowałem keje Nabrzeża Bułgarskiego PPDiUR „Gryf” w Szczecinie. Później był krótki bo 3 miesięczny rejs na m/t Delfin. Musiałem awaryjnie zmienić osobnika, którego czerwoni kolesie obsadzili w radiostacji tego statku. Chłop na statkach pracował na przetwórni w mączkarni a na siłę zrobili z niego radiooficera.  Zrobili to typowo po sowiecku. Czyli bierzesz g…..o chuchasz i jest oficer. Bierzesz oficera chuchasz i masz ponownie g……o

 

 Okazało się, że przez pierwsze trzy miesiące rejsu m/t Delfin nie miał łączności z żadną radiostacją brzegową ani okrętową. Wszystkie dyspozycje od armatora dla m/t Delfin odbierali nawigatorzy na UKF-ce, która ma bardzo mały zasięg. Ten radiooficer panicznie bał się włączyć radiostację. W ciągu trzech miesięcy całkowicie wysiadła nie doglądana elektronika. Statek nie łowił ryb. Dłużej czekać  już nie się dało, a ponieważ nie mieli w rezerwie radiooficerów, to zdecydowali się wysłać mnie. Wróciłem do Polski i wreszcie załatwili mi kontrakt na m/s Rigel, pod singapurską flagą. Początkowo sądziłem, że moje zamustrowania są przypadkowe. Sadziłem naiwnie, że nie jest łatwo zamustrować radiooficera z komunistycznego państwa, na statku obcej bandery. Jak się później okazało, nie był to prawidłowy tok rozumowania z mej strony.  Wraz z upływem czasu i następujących po sobie wydarzeń zrozumiałem, że za działalność antykomunistyczną, zostałem przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą skazany na banicję. Komuchy mieli nadzieję, że najpierw zmuszą mnie do tak zwanej przez nich „dezercji”  z m/t Admirał Arciszewski w Kanale Kilońskim, tak jak udało się im zmusić do zejścia ze statków wielu moich kolegów z NSZZ Solidarność. Nie zszedłem. Zawiodłem ich oczekiwania i zamustrowali mnie na m/t Delfin z nadzieją, że dam dyla w Monte Video i znowu się zawiedli. Zupełnie jak bumerang wróciłem do Polski.  No i na końcu, tak jak wcześniej wspomniałem, załatwili mi kontrakt na m/s Singapore Merchant, któremu armator z jemu tylko znanych powodów w porcie Rotterdam zmienił nazwę na m/s Rigel. Jak się w trakcie pracy na tym statku okazało armator m/s Singapore Merchant nie był tak do końca prawy. 

 

                   Tak czy inaczej, była to przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą i jej służalczą Służbę Bezpieczeństwa w białych rękawiczkach wykonana najzwyklejsza banicja, gdyż paszport służbowy otrzymałem krótkoterminowy z 3 miesięczną ważnością. 

 

       SB-cy jednak nie rezygnowali. Uznali że, skoro w poprzednich portach ze statków nie uciekłem, to zmuszą mnie do banicji, kierując mnie na 9 miesięczny kontrakt z ważnym na 3 miesiące paszportem. Liczyli, iż kapitan stwierdziwszy utratę ważności paszportu, zmustruje mnie ze statku w pierwszym lepszym a najlepiej afrykańskim porcie. A tam bez ważnego paszportu trudno by było ominąć więzienie i inne tego typu niedogodności. Na ich nieszczęście utrata ważności paszportu przypadała na postój statku w Nowym Jorku no i w polskiej ambasadzie udało mi się paszport bezproblemowo przedłużyć. Chyba panowie z SB trochę zaniedbali się w swych obowiązkach i nie przewidzieli, że statek zawinie do Nowego Jorku i nie ostrzegli ambasady aby tamci zachachmęcili coś z przedłużeniem daty ważności paszportu. Długo tu jeszcze można byłoby o tym rejsie opowiadać. Ja mam dwa morskie dyplomy, radiooficera okrętowego i elektryka okrętowego. Wakat na tym statku był na to drugie stanowisko  więc zamustrowano mnie jako oficera elektryka. Polaków na m/s Rigel było czworo. Kapitanem był  Niemiec - taksówkarz z Hamburga, chiefem mechanikiem również Niemiec - kierowca z TIR-ów a kucharzył nam Chińczyk. Pozostali członkowie załogi byli Filipińczykami. To był horror. Brud, smród no i głodówka.  Jako elektryk naprawiałem urządzenia w kuchni, w chłodniach prowiantowych  jednym słowem miałem dostęp do wszystkich zakamarków na statku.  Wyśledziłem, że Niemcy posiłków przygotowywanych przez Chińczyka nie jadają. Potajemnie, zamiast do mesy schodzą do chłodni prowiantowej. Tamże na hakach wisiały olbrzymie wędzone udźce wołowe. Niemcy przy piwku sami zajadali się szynką wołową. Pozostała część załogi głodowała. Mieliśmy jeszcze odrobinę nadziei na poprawę wyżywienia przy zmianie kucharza w Rio de Janeiro, lecz zmiennik, również Chińczyk, lecąc do Rio, tęgo sobie popił i porządnie nawalony podszczypywał stewardessy w pupy, więc został w samolocie przez ochronę unieruchomiony i w konsekwencji wylądował ale nie na statku lecz w szpitalu, z połamanymi kończynami.  Reasumując do końca rejsu nie mieliśmy kucharza. Byliśmy na środku Atlantyku w drodze do Brazylii. Któregoś dnia rejsu w bulaju w kuchni zauważyłem całą paczkę kostek rosołowych, a byłem potwornie głodny, więc ją ukradłem. Zawołałem moich 3 polskich kolegów i w moim warsztacie elektryka zagrzaliśmy wodę. To był nasz pierwszy posiłek od kilku dni. Ale zrobiła się afera gdyż Niemcy odkryli kradzież i zapowiedzieli rewizję wszystkich kabin. Rosołki błyskawicznie wyrzuciłem do oceanu.  Polacy zbuntowali się. Zgłosiliśmy szwabskiemu kapitanowi, że jeśli nie ma jedzenia, to nie ma pracy. Kapitan wściekł się i zaprowadził nas do zamrażarki. Każdemu Polakowi wręczył zamrożonego kurczaka i oświadczył;

 - Macie żryjcie, jak jesteście tacy głodni! Ale do kuchni nie macie prawa wstępu! I marsz do roboty!

 

Zawołałem naszych polskich marynarzy do warsztatu elektryka i na cegłach ustawiłem spirale grzewcze na których odgrzaliśmy zamrożone kurczaki oczywiście bez żadnych przypraw a nawet bez soli i dosłownie je połknęliśmy. Był to jedyny posiłek jaki nam szwabski kapitan wydał podczas tej podróży. 

 

Podczas postoju w Rio de Janeiro stołowałem się w portowych tawernach. Potem w Rio zakupiłem sobie duży zapas kostek rosołowych Magi.  Tak czy inaczej i pomimo tego zapasu, przez cały 7-mio miesięczny rejs straszliwie głodowałem a po powrocie z tego kontraktu wyglądałem chyba jak anorektyk, no może ciut, ciut lepiej niż więzień hitlerowskiego obozu. Ubrania w których przyjechałem na statek po miesiącu rejsu okazały się dla mnie za duże. Kupiłem nowe ciuchy. Żeby nie skłamać to tylko powiem, że żona moja po moim powrocie z tego rejsu oczekując na mnie na lotnisku absolutnie mnie nie poznała. A mój 13 letni syn ciuchy te bez problemu na siebie zakładał. Wyobraźcie sobie, że od tego czasu minęły 3 lata a ja do siebie dojść nie mogę – zakończyłem swą opowieść. 

- No to rzeczywiście miałeś pan pecha – podsumował ochmistrz. 

 

   Kątem oka zauważyłem, że podczas mojej nieco przydługiej opowieści w pentrze w okienku  do wydawania posiłków dość często pokazuje się kucharz Miecio. Obiad był wyjątkowo obfity. Trochę zdziwiło mnie, że kotlet schabowy na talerzu jest nieco duży. Wydawało mi się, że chyba składa się z dwóch kotletów, ale kto by sobie takim drobiazgiem głowę zawracał. Lecz nie dawało mi to spokoju i korzystając z okazji, że steward znalazł się w pobliżu mego stołu spytałem szeptem;

 

-  Panie Andrzejku! Niech pan będzie tak uprzejmy i poinformuje mnie, dlaczego u mnie na talerzu są dwa schaboszczaki i to jeden na drugim?

- A bo ja wiem? – równie szeptem chyba szczerze odparł steward Andrzej – Muszę spytać Mietka. Kucharza. 

Po niedługiej chwili steward Andrzej stanął przy mnie i szepnął do ucha – Mieciu prosił poinformować pana, że to jest polarny schaboszczak  a la Bering Sea.

 

Kucharz Miecio musiał chyba wiele rejsów na łowiska Morza Beringa odbyć, gdyż w okresie późniejszym wykazywał się olbrzymią wiedzą z zakresu wielorakiej fauny na tym akwenie. Przy serwowaniu kolejnych posiłków byłem instruowany o jakże egzotycznych nazwach tegoż jadła. Była więc jajecznica lecz nie tradycyjnie z dwóch jaj lecz potrójnie serwowana czyli z sześciu sztuk  i codziennie miała inna nazwę. Była więc jajecznica a la albatros, a la głuptak, a la alka, a la rybitwa, a la mewa. Kucharz Mieciu przez 6 dni w tygodniu przez prawie 3 miesiące urozmaicał mi zwykłą prostą jajecznicę nazwami ptaków zamieszkujących ten morski podbiegunowy obszar, wykazując się przy tym nie lada znajomością tutejszej fauny.

Gdy w niedzielę nastąpiła tradycyjna na wszystkie statkach na całym świecie zamiana jajecznicy na gorącą wędlinę pałaszując śniadanie ze zdziwieniem zauważyłem;

-  strasznie długa ta kiełbasa 

- to własny wyrób a la Alaska –po konsultacjach z kucharzem Mieciem poinstruował mnie steward Andrzej.

 

W każdą niedzielę do radiostacji m/t Aquila trafiała cała blacha ciasta własnego wypieku zwana a la Kodiak Island.  Obiadowe podwojone lub potrojone porcje mięska zwane były a to Seward klops, a to zraziki wołowe a la Atka Attu, kotlety mielone a la Unimak, pierożki z mięsem a la Umnak, gulasz a la Dutch Harbour czy też tradycyjnie w niedziele serwowany kurczak pieczony a la Unalaska. Tak więc pałaszując codzienne posiłki mimochodem poznawałem również geograficzne nazwy krain podbiegunowej Alaski. Po trzech miesiącach rejsu, dzięki niezwykłemu nazewnictwu menu kucharza m/t Aquila nie tylko doskonale znałem nazwy alaskańskiej fauny i flory ale potrafiłem już bezbłędnie lokalizować geograficzne nazwy wysepek, półwyspów i zatoczek Alaski.

            Ponieważ codziennym roboczym odzieniem były dresy, to gołym okiem nie zauważałem  szczególnych różnic w swojej tuszy i bezkarnie wymiatałem z talerzy wszystko, co przynosił mi steward Andrzej. 

       Tymczasem ładownie trawlera zapełniły się kartonami z mrożonym błękitkiem. 

    M/t Aquila potrójnym i długim rykiem syreny okrętowej pożegnała kolegów rybaków na łowisku i obrała kierunek południowo wschodni, na pozycje polskiego statku bazy m/s Wineta. Statek baza z Przedsiębiorstwa Przemysłowo-Usługowego  Rybołówstwa Morskiego „TRANSOCEAN”  S.A. w skrócie PPURM „Transocean” w Szczecinie ,ze względu na spokojniejszy do pracy z trawlerami na pełnym morzu akwen, przycupnęła w okolicach kanadyjskiego portu Vancouver.  Trawler przetwórnia m/t Aquila z każdym dniem zbliżał się do statku bazy. Uznając iż najwyższy czas doprowadzić swój wygląd do bardziej cywilizowanego, postanowiłem zamienić dresy na spodnie. Spodnie niestety doszły tylko do moich kolan. Był to sygnał aby troszeczkę przystopować z jedzeniem i zająć się zrzucaniem wagi. Załoga hotelowa była wyraźnie zmartwiona. Ochmistrz demonstracyjnie wchodził na wagę i dokonywał prowokacyjnych pomiarów ciężaru swego ciała, nachalnie wręcz namawiając mnie, abym uczynił to samo.

 

   Po dłuższych namowach wszedłem na wagę  i przeraziłem się. Na początku rejsu ważyłem 53kg. Aktualnie waga wskazała  99 kilogramów. Gdy tylko informacja ta dotarła do służby hotelowej powstało zamieszanie. Steward Andrzej był wyraźnie zrozpaczony. Szef kuchni Miecio wiernie mu w tej rozpaczy wtórował, ale ochmistrz Kaziu jakby ucieszył się.

- Panie Kaziu - spytałem ochmistrza – co tu właściwie się dzieje? Skąd takie minorowe minki u pracowników pańskiego działu? 

- Tak prawdę mówiąc, to chłopaki przegrali zakład. Otóż gdy usłyszeli oni, że na statku obcej bandery głodowałeś pan cały rejs, to postawili sobie za szczytny cel, uleczenie z pana z niedowagi. Postanowili tak pana karmić by na m.t Aquila osiągnął pan wagę 100 kg. Powiedziałem im, że skoro 3 lata minęły od tamtej głodówki, to nie jest możliwe aby pana z tej niby anoreksji wyleczyć.  Ale oni obstawali przy swoim. No i założyliśmy się że jeśli osiągnie pan 100 kg żywej wagi to stawiam całej załodze hotelowej karton czystego spirytusu (24 półlitrowe butelki). Zabrakło tylko 1 kilograma pańskiej wagi aby kucharze i stewardzi zakład wygrali. Ochmistrz Kaziu triumfował gdyż udało mu się uratować 24 półlitrowe butelki czystego spirytusu. A właściwie 23, gdyż zlitował się kierownik Kaziu nad podległym mu personelem i jedną butelkę spirytusu im postawił.  

 

      Rejs ten zakończył się dla nas po prawie 6 miesiącach pracy na morzu. Powrót do domu armator zorganizował nam zapewniając przelot samolotem z Vancouver do Goleniowa. Na lotnisku czekała na mnie żona moja wraz z dziećmi. Po krótkiej odprawie uradowany, że po mnie przyjechali, że na mnie czekają, energicznie do nich podszedłem aby się przywitać. A tu jakby nigdy nic. Widać było wyraźnie, że oczyma wodzą po tłumie powracających marynarzy wyraźnie próbując kogoś tam wyłowić. A na mnie absolutnie nie patrzą. 

Ni krzty zainteresowania. Stanąłem koło nich i nic. 

- No i kogo tam wypatrujecie – spytałem nieco poirytowany

- O Boże! To ty? No nie! Nie! To niemożliwe! Gdybym szła w tłumie na ulicy, to w życiu bym ciebie nie poznała. Minęłabym ciebie obojętnie! Ale się zmieniłeś. Długowłosy, zarośnięty, wąsaty i brodaty grubas? A ja tu czekam i czekam na tą moją mizerotkę, którą pół roku temu żegnałam! Myślałam, że nie przyleciałeś! W życiu bym ciebie nie rozpoznała. Po głosie dopiero ciebie rozpoznałam.- 

 

    Wiele lat od tamtego zdarzenia minęło i chyba zgrzeszyłbym gdybym powiedział, że w późniejszym okresie mego marynarskiego żywota, mimo że pływałem jeszcze kilka lat z różnymi kucharzami to jednak tak jak po rejsie na m/s Rigel już nigdy na żadnym statku tak drastycznie nie wyszczuplałem.

 

* * * 

 

Autor: Jan Juliusz Pick