Nasz sklep

Kompasy

Busole i kompasy

Sekstanty

Sekstanty

Lunety

Lunety żeglarskie

Koła sterowe

Koła sterowe

Dzwony okrętowe

Dzwony okrętowe

Lampy nawigacyjne

Lampy nawigacyjne

Telegrafy maszynowe

Telegrafy maszynowe

Modele jachtów

Modele jachtów

Zegar słoneczne

Zegary słoneczne

Przez Atlantyk na pokładzie Berga

W październiku 2006 siedziałem z żoną i przyjaciółmi w miłej knajpce w Puerto Banus w Hiszpanii i patrząc na piękną marinę pomyślałem o Arturze i jego jachcie Berg. Artur, kapitan, właściciel i budowniczy Berga kilka lat wcześnie postanowił resztę życia spędzić na morzu. Kupił stalowy kadłub jachtu Bruceo, trzy lata budował jacht marzeń i na początku nowego wieku ruszył w świat. Wraz z żoną odbyłem z nim dwa wspaniałe rejsy na Bergu w Norwegii. Wyszukałem nr telefonu Artura i wysłałem SMS „pozdrowienia z Puerto Banus”, za chwilę odpowiedź „pozdrowienia z Dabia” . Dabia ? Zapachniało egzotycznie Wielką Wodą. Ale przecież Berg po półtorarocznym pływaniu wokół Europy miał przypłynąć na zimę do macierzystego Szczecina. Dabia??? Afryka ??? Nie, to po prostu szczecińskie Dąbie!!! Dzwonię do Artura, jakie plany na 2007 ? Kończę jesienią na Kanarach, potem Atlantyk. Karaiby ? Nie, pada odpowiedź, Brazylia, potem …Horn. Spojrzałem na Hanię i już wiedziałem, płyniemy, nie, nie na Horn, ale przez Atlantyk.

2 listopada 2007 roku w porcie Las Galletas na Teneryfie spotyka się załoga transatlantyckiego rejsu. Organizatorem rejsu i zapleczem lądowym Berga jest Agencja Żeglarska Kubryk Oprócz „załogi etatowej Berga:”, Artura i Ani było nas pięcioro. Julek, Piotr, Michał z Czech, Hania i ja czyli Krzysztof. Trzy dni zabiera nam przygotowanie jachtu do rejsu. Sztauujemy żywność na 30 dni. Kilkaset 2 l butelek wody. Przeglądamy żagle, a Artur uruchamia maszynę do szycia (którą stale wozi, dzięki czemu jest niezależny od serwisu portowego).

 

Szycie żagli na Bergu na Teneryfie przed rejsem przez Atlantyk

Zapasy wody na Bergu przed rejsem przez Atlantyk

Starcza nam również czasu na odwiedzenie najwyższego szczytu Teneryfy i całej Hiszpanii, wulkanu El Teide o imponującej wysokości 3715 n.p.m. Widok ze szczytu na wyspę i gigantyczny krater, to niezapomniane wrażenie. Wieczorami integrujemy się w miejscowych restauracjach.

Wulkan El Teide na Teneryfie przed transatlantyckim rejsem

Wreszcie 05 listopada o godz 1200 ruszamy w drogę. Celem pierwszego odcinka są Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). GPS pokazuje imponującą i raczej nieznaną odległość z mórz osłoniętych, 810 Mm, ale przecież jesteśmy na Oceanie. Pasat wieje jak od wieków, jednak za słabo jak na nasze apetyty i możliwości Berga. Kilka godzin powieje 15 węzłów, aby potem przez kilkanaście godzin wiać zaledwie 5 do 8 węzłów. Płyniemy kursem 200, wiatr idealnie z rufy, co też nie przysparza nam prędkości. Często wspomagamy się silnikiem, w końcu do Brazylii mamy ponad 2500 Mm, a 02 grudnia będzie tam czekała następna załoga. Zużywamy sporo paliwa z posiadanych 500 litrów. Prawie cały czas steruje samoster, ochrzczony Babcią Wictorią. Babcia radzi sobie doskonale, tak, że często przez całą wachtę nie dotykamy żagli ani steru.

Używanie samosteru rozleniwia - rejs przez atlantyk

Rejs przez Atlantyk

Robi się coraz cieplej, w rejonie Wysp Kanaryjskich wychodziłem na nocną wachtę w sztormiaku, później tylko w cienkim polarze, blisko Cabo Verde w…piżamie z krótkim rękawem. Po raz pierwszy bierzemy z Hanią udział w tak długim przelocie, mimo sporego doświadczenia w rejsach morskich. Czas jednak szybko płynie, ani chwili się nie nudzimy, mimo, że na pokładzie w warunkach żeglugi pasatowej nie wiele jest do roboty. Po 8 dniach 13 listopada o godz 1700 wchodzimy do portu Mindelo na wyspie ST. Vincent.

Wyspy Zielonego Przylądka przed dziobem w transatlantyckiem rejsie

Duża, dobrze osłonięta zatoka, obok portu handlowego znajduje się nowiutka i jeszcze nie całkiem ukończona marina. Woda i prąd na pływających pomostach (szybko okaże się, że są spore przerwy w ich dostępności), mnóstwo miejsca. Oprócz kilku jachtów rezydentów, jest również kilka jachtów w żegludze trans – atlantyckiej. Wszyscy kierują się na Karaiby, nasz brazylijski kierunek to wyraźnie rzadkość. Na terenie zatoki i portu jest sporo zatopionych wraków. Niektóre z nich są tuż pod powierzchnią wody i nie są w żaden sposób oznaczone, o oświetleniu nie wspominając. No cóż Afryka, lepiej nie wchodzić tu w nocy.

Port Mindelo na wyspie ST. Vincent w trakcie rejsu przez atlantyk

Mindelo, to kulturalna stolica Cabo Verde. Bezpiecznie, sympatycznie, wszechobecna muzyka Cesarii Evory, która pochodzi właśnie z tej miejscowości. Jemy świetną kolację z muzyką na żywo. Wyraźnie tubylcy są bardzo muzykalni. Niestety nie możemy tu zostać zbyt długo i następnego dnia o godz 2400 ruszamy dalej. Szkoda, chciałoby się odwiedzić jeszcze kilka wysp tego archipelagu.

Relacja z rejsu przez Atlantyk

Powracamy do rytmu wacht, steruje prawie cały czas nasza kochana Babcia. Robi to doskonale. Tym razem na GPS nie ma portu wejścia, a punkt na równiku. Taka trasa, mimo, że dłuższa o 100 Mm ma dać nam korzystniejsze wiatry. Passat północny nadal słaby i z rufy. Prawie cały czas holujemy za rufą woblera, licząc na tuńczyka. W całym rejsie złowiliśmy kilka ryb o nazwie koryfena i jednego metrowego atlantyk bonito. Metrowy tuńczyk wyczepił się przy samej rufie.

Polowanie na tuńczyka w trakcie rejsu przez Atlantyk

metrowego atlantyk bonito złowiony w trakcie rejsu przez Atlantyk

Koryfeny złowione w trakcie rejsu przez Atlantyk

Do Recife mamy ponad 1700 Mm, dwa razy dalej niż pierwszy odcinek. Świadomość bezkresu oceanu jest uczuciem, które trudno opisać. Od czasu do czasu widzimy jakiś statek, a przed równikiem mijamy w bardzo bliskiej odległości mały hiszpański jacht. Wpływamy w strefę cisz równikowych, która jest kilka stopni przed równikiem. Na niebie dużo chmur, trafiają się się cumulonimbusy, z których ulewne deszcze zapewniają nam kąpiel. Temperatura oceanu dochodzi do 28 stopni Celsjusza. To strefa tworzenia się cyklonów, które później wędrują nad Karaiby. Na szczęście listopad to miesiąc statystycznie wolny od cyklonów. Na wszelki wypadek Artur odbiera regularnie komunikaty pogodowe cyfrową radiostacją pośredniofalową. Ostrzeżeń o cyklonach nie ma. Mimo pełni księżyca, noce ze względu na zachmurzenie i wysoką wilgotność powietrza są bardzo ciemne. Rozświetlają je błyskawice, czasami morze staje się białe, tak ich dużo. Pewnej nocy dmuchnęło z gestem z pod cumulonimbusa z prędkością 50 węzłów. Bardzo zaskakująca dla mnie (byłem na wachcie) była szybkość wzrostu siły wiatru. W ciągu paru minut wiatr wzrósł z 10 w do 50 w. Było to całkowite zaskoczenie, bo nie było widać, ani chmury, ani błyskawic. Po godzinnej ulewie wszystko wróciło do normy.

Rejs przez atlantyk na Bergu

26 listopada 2007 o godz 1230 w pięknej słonecznej pogodzie osiągnęliśmy równik. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy wizyty Neptuna i nie zawiedliśmy się. Jego Wysokość pojawił się na pokładzie i oświadczył „nadszedł czas próby, wiadro proszę”. Nasze przerażenie było wielkie, ale skończyło się na obowiązkowym toaście wodą oceaniczną. Potem odbył się chrzest potwierdzony świadectwem.

Przekroczenie równika w transatlantyckim rejsie

Do Recife mamy jeszcze ponad 500 Mm, część z nas ma bilety lotnicze na 02 grudnia, a tu wiatru mało. 50 Mm za równikiem powiał południowy passat z prędkością 20 do 25 w i to z ostrego baksztagu do półwiatru. Takiego wiatru potrzebuje te oceaniczny 17 tonowy jacht. Przebiegi dobowe z 80 Mm rosną do 140 i 150 Mm. 30 listopada o godz 2000 zdaję wachtę, do portu będziemy wchodzić ok. 0300, próbuję zasnąć, ale to jest niemożliwe. Bliskość jeszcze niewidocznego lądu powoduje stan jakiegoś dziwnego pobudzenia.

rejs przez Atlantyk

Rejs transatlantycki na Bergu

Najpierw dostrzegamy łunę 1,5 mln miasta, potem światła główek portowych. Po ponad 16 dobach żeglugi, ląd, ocean za nami. Sympatyczna dziewczyna z kapitanatu portu kieruje nas przez UKF na kotwicowisko wewnątrz bardzo rozległego portu. Musimy czekać na wysoką wodę, aby wejść do klubowej mariny.

Stan niskiej wody przed wejściem do portu Recife w Brazylii

Wstaje dzień, a my na kotwicy patrzymy na palmy i samochody na brzegu. Dopiero około 0900 możemy wpłynąć do mariny i to bardzo ostrożnie, bo pod kilem jest zaledwie kilka cm wody. Jest 01 grudnia, jutro o 1500 troje z nas ma bilety do Rio de Janeiro. Coś, co trwało długo, nagle się skończyło. Trudno w to uwierzyć, że za rufą zostało 2540 Mm.
Szybko zderzamy się z biurokracją brazylijską. Dość powiedzieć, że załatwienie kart przekroczenia granicy i pieczątek w paszportach zajęło nam dwa dni i to przy wykorzystaniu taksówek.

Recife w Brazylii meta rejsu przez Atlantyk

Recife w Brazylii meta rejsu przez Atlantyk

Nie ma czasu na prawdziwe uczczenie wspaniałego rejsu. Ania i Artur, którzy mieszkają na Bergu, mogą delektować się wolnością, my niewolnicy lądowych obowiązków musimy wrócić do rzeczywistości.
Dopiero w Rio de Janeiro, fascynującym mieście, siedząc pod palmą w hotelowym ogrodzie z miejscowym drinkiem caipirinia, dociera do nas, że zrealizowaliśmy skrywane od lat młodzieńczych marzenie przepłynięcia oceanu.


Specjalne podziękowania dla Kapitana i całej Załogi, za stworzenie wspaniałej atmosfery na rejsie.

 

 

 

Autor tekstu, zdjęć, wspomnień: Krzysztof "Cape" Chałupczak

 

 

Więcej o jachcie "BERG" jego rejsach odbytych oraz planowanych oraz Ani i Arturze, którzy na nim mieszkają (opływając obecnie Europę) na stronie:

www.syberg.pl