11. WYCIECZKA ŁODZIAMI STATKOWYMI W AFRYKAŃSKI BUSZ

 

11. WYCIECZKA ŁODZIAMI STATKOWYMI W AFRYKAŃSKI BUSZ

„Huta Florian” – 1961/62 r.   DWT = 10 100 t.   L = 136 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako starszy marynarz, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:

Stojąc na kotwicy u ujścia rzeki (Pointe Noire) w Gabonie i ładując olbrzymie kloce tropikalnego drzewa, które spławiano tą rzeką, zrobiliśmy dwoma statkowymi łodziami wycieczkę, z przewodnikiem, miejscowym Murzynem, daleko w głąb rzeki. Dzika, tropikalna puszcza, trochę wiosek murzyńskich, malutkie plantacje ananasów i czegoś tam jeszcze. W końcu poszliśmy daleko piechotą do katolickiego kościółka. Był ksiądz, Francuz, i kilka zakonnic. Zostaliśmy nawet poczęstowani zimnym winem mszalnym. Trzeba mieć głębokie wewnętrzne religijne przekonanie, że poświęcenie własnego życia na pomoc innym jest w życiu najważniejsze, żeby w takiej głuszy spędzać życie, służąc innym ludziom, bez żadnej nagrody na tej pięknej ziemi.

W drodze powrotnej z tej wycieczki, niedaleko ujścia rzeki, popsuł się silnik naszej łodzi. Wieczór był bliski (tu noc zapada szybko) i przy pomocy wioseł nie było możliwe dopłynięcie przez ujście rzeki na statek. Nie starczyłoby czasu do zmroku, a i tak na redzie była dość duża fala, tzw. przybojowa: fala płynąc z głębokiego morza na coraz płytsze dno, staje się coraz wyższa i załamuje się grzywaczami.

Na brzegu rzeki była wieś miejscowych Murzynów, pracujących przy spławianiu ładowanych na statki drzew tropikalnych. Baliśmy się nocować obok nich. Na środku rzeki była wysepka, na której mieszkała tylko jedna miejscowa rodzina. Tam postanowiliśmy spędzić noc czekając, aż rano holownik holujący drzewa do statku, zaholuje i naszą łódź. Na statku dowództwo także denerwowało się z tego powodu.

 

Wspomnienia kapitana Chmielewskiego z wycieczki ze statku Huta Florian w głąb Afryki w 1961r.

 

Po kolacji postawiliśmy "straże", i gdzie kto mógł, tam ułożył się do snu. Ja spałem w jakiejś łódce wydłubanej z jednego pnia drzewa. Było twardo i nie można się było skulić (aby było cieplej, bo było dość chłodno) gdyż dłubanka była wąska. Późno w nocy, gdy już wszyscy spali, któryś z naszych przygłupów, którym zawsze się wydaje, że są niezwykle inteligentni i bohaterscy i jakich zawsze i wszędzie nie zabraknie, rzucił petardę, która wybuchła! Huk był wielki wśród leśnej ciszy. My zerwaliśmy się, gdyż myśleliśmy, że to nas atakują! Z kolei cała wioska z brzegu rzeki zaczęła wrzeszczeć i rzuciła się na ratunek swemu rodakowi, który mieszkał na wyspie, myśląc, że go już zastrzeliliśmy i gwałcimy jego żony i córki! Była nieprzyjemna sytuacja. Ciemno, żadnej elektryczności. Poprosiliśmy naszego gospodarza, aby wytłumaczył swoim rodakom, że to coś przez pomyłkę wybuchło. Przypłynęły chyba tylko ze 2 łódki, aby sprawdzić czy ich rodak z rodziną żyje, ale do rana już nie spali ani oni ani my. Afrykańskie państwa wówczas dopiero odzyskiwały wolność, będąc dotychczas koloniami angielskimi, francuskimi, portugalskimi. Ich stosunek do białych, ze zrozumiałych względów, nie był pełen zaufania i bardzo przyjazny.

 

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski