17. HURAGANOWA WIGILIA BOŻONARODZENIOWA W SOPOCIE – 1977r.

 

17. HURAGANOWA WIGILIA BOŻONARODZENIOWA W SOPOCIE – 1977r.

„Metalowiec” – 1977/78 r.   DWT = 14 000 t.  L= 156 m.

 

A było to tak.
W sierpniu 1977 r. wypłynęliśmy w rejs z cukrem w workach z Gdyni do Libii – port wyładunkowy miał być w Bengazi lub Tripolisie.
Po przypłynięciu na redę Bengazi i kilkudniowym postoju, kazano mi płynąć do Tripolisu (Tri-polis= 3 miasta).
Po przypłynięciu na redę tego portu włos nam się zjeżył ze strachu: na kotwicy stało cały czas ok. 70 statków!!! Takie inf. mieliśmy od statków PLO, które tam stały, chociaż krócej.
My staliśmy na kotwicy na redzie ponad 2 miesiące i weszliśmy do portu pod warunkiem, że ZAŁOGA Z ŁADOWNI BĘDZIE WYŁADOWYWAĆ CUKIER [ = ok. 13.000 ton], układać worki na stropy w ładowniach, a na lądzie odbierać go będą robotnicy portowi. Załoga otrzymywała za pracę zapłatę w libijskiej walucie.

Po wyładunku popłynęliśmy po fosfaty do Casablanki... i do Gdańska.
** Po powrocie do Gdańska, przez okres  Bożego Narodzenia statek stał na redzie. Po tylu miesiącach naszej nieobecności, rodziny = żony z dziećmi, przyjechały na statek. Wiadomo było, że Wigilię i Boże Narodzenie przestoimy na redzie.
W Wigilię pojechaliśmy z żoną, Jolą, do miasta coś kupić – jak to na święta.
W ciągu dnia rozszalał się taki sztorm, że nie mogliśmy wrócić na statek, gdyż z powodu wysokiej fali i silnego wiatru stateczki pasażerskie dowożące załogi z portu na redę – nie mogły wypłynąć z portu!
** Statek został bez kapitana! Z portu w Gdańsku-Nowym Porcie pojechaliśmy z żoną do Sopotu i zamieszkaliśmy w Grand-hotelu. Ale tam pokój hotelowy był, ale nie mogliśmy otrzymać "wieczerzy wigilijnej", gdyż wcześniej jej nie zamówiliśmy – bądź człowieku jasnowidzem.... Co za katolicki kraj. Dosłownie szalała taka wichura, że dachówki zrywało z dachów i fruwały nad pustymi ulicami. Bo i kto i po co miałby chodzić w Wigilię po mieście, aby oberwać po głowie lecącą dachówką?
Aby cośkolwiek zjeść, poszliśmy do baru na dworcu w Sopocie i tam jedliśmy barszcz, śledzie i coś tam jeszcze na "kolację wigilijną".
Oprócz nas dwojga było jeszcze jakichś dwoje ludzi. To się właśnie nazywa skromna wigilijna wieczerza z okazji narodzin Chrystusa, a nie kolacja przy obficie zastawionym stole, z wódeczką. Zresztą wódeczkę też piliśmy.
Wracając do hotelu, przekrzykując wycie szatana w wietrze, śpiewaliśmy kolędę:
„Cicha noc, piękna noc ............”
Pierwszy dzień Świąt przesiedzieliśmy w hotelu – jeść już nam dali – gdyż sztorm trwał nadal. Dopiero w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 1977 r. pogoda uciszyła się na tyle, że można było z Nowego Portu stateczkiem żeglugi przybrzeżnej dopłynąć na redę, na statek.

 

Huraganowa Wigilia w porcie w Sopocie w 1977r

 

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski