21. CHOROBY 2 KOLEJNYCH KAPITANÓW NA STATKU

 

21. CHOROBY 2 KOLEJNYCH KAPITANÓW NA STATKU

[18,19] – „Huta Sosnowiec” – 1966/67 r. DWT = 11 000 t.  L = 134 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako 2.-1. oficer, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:

Gdy byłem zaokrętowany na tym statku jako II-oficer, chciałem na jedną służbę, która mi wypadła w Wigilię Bożego Narodzenia od 24/08.00 do 25/08.00 w Gdyni, wziąć zastępstwo (dejmana z PŻM) i pojechać z żoną do córki, która była u babci w Jeleniej Górze. Kapitan Ślusarczyk się nie zgodził, co było dla mnie niezrozumiałe, gdyż nie było wyładunku. Byłby to pracownik PŻM. Ale co zrobić: pierwszy po Bogu zabrania, to nos na kwintę i cisza.
Wieczerzę wigilijną zjedliśmy z częścią załogi, która mieszkała daleko od Gdyni i nie mogła pojechać do domu albo miała służbę, w mesie statkowej.
W tej sytuacji, 25 grudnia, w pierwszy dzień świąt, po dobowej służbie, wsiedliśmy z żoną do pociągu i pojechaliśmy z Gdyni do Jeleniej Góry, do córki Wiolki i rodziców żony.

Byliśmy tam 26.12.66 r. rano, a wieczorem tego samego dnia znów wsiedliśmy w pociąg z Jeleniej Góry do Gdyni, gdzie byłem 27/rano i od godz. 08.00 objąłem od razu służbę do następnego dnia, do 08.00. Takie to było życie szczęśliwego marynarza w wymarzonym od dzieciństwa zawodzie.
Byłem, jak to się mówi, skonany. I tegoż dnia (28/19.00) wypływamy z Gdyni z węglem do Takoradi, Ghana, Afryka zachodnia. 29 grudnia pokonujemy Bałtyk, 30 grudnia przepływamy K. Kiloński, sylwestra mamy na Morzu Północnym, pięknie, sztormowo. Dobrze płynęło się nam aż do 12 stycznia 1967 r.

 

Choroby 2 kolejnych kapitanów we wspomnieniach z rejsu z 1967

 

Tej nocy, już po północy, gdy byłem na wachcie 00-04, jak zwykle o tej porze, wezwał mnie kapitan Ślusarczyk mówiąc, że ma chyba zawał serca!
Na statkach już wówczas II-oficer (dawniej trzeci) był tzw. "oficerem sanitarnym".
W przypadku poważniejszych zachorowań korzysta się z porady lekarza mającego dyżur na lądzie, przedstawiając mu przez radio szczegóły choroby marynarza – ale to nie to samo co bezpośrednie badanie lekarskie. Lekarz może tylko przypuszczać na co chory jest chory, na podstawie tego co mu opowie II-oficer, czy kapitan.
Na statku jest apteczka, w której jest dużo najpotrzebniejszych leków, jest też tzw. "Medyczny poradnik kapitana" z opisem chorób i sposobów leczenia, w której zawsze piszą: "w wypadkach wątpliwych zasięgnąć porady lekarza". Jeżeli jest możliwość, łączy się z lekarzem w Polsce, zawsze jest lekarz dyżurny, ale  nie zawsze jest to możliwe, trzeba wówczas korzystać z pomocy dyżurnych lekarzy w innych krajach. Takie dyżury lekarzy są na całym świecie.

* Wracając do naszego przypadku, obudziłem I-oficera Adama Sobczaka i połączyliśmy się z lekarzem, chyba w Dakarze. Radiooficer dobrze znał język francuski więc łatwiej było opisać objawy choroby. Otrzymaliśmy odpowiedź, że to może być zawał serca. Lekarz zalecił płynąć do najbliższego portu, do lekarza.
Kierownictwo statku przejął I-oficer, Adam Sobczak.
Do portu były prawie 24 godziny jazdy, przypłynęliśmy tam dopiero następnej nocy bojąc się, aby kapitan nam nie umarł. Niewiele mogliśmy mu pomóc.
Na redzie portu Monrowia, tuż przed północą, przypłynął motorówką na statek lekarz, stwierdził u kapitana zawał serca. Kapitan został przekazany na motorówkę i zawieziony do szpitala. Po podleczeniu czekał później w hotelu na samolot, aby wrócić do Polski... i podobno miał drugi zawał! Twarda sztuka, przeżył to i, jak wieść głosi, dalej pływa, nawet na obcych statkach.
Armator, czyli PŻM, przeawansował I-oficera A. Sobczaka na kapitana, ja zostałem I-oficerem (wachty morskie 4-8 i 16-20), a asystent został III-oficerem. I popłynęliśmy dalej.

* Po wyładunku węgla popłynęliśmy do portu Lome, w Togo, po ładunek fosfatów i następnie płynęliśmy do portu w Norwegii, koło Oslo, nie pamiętam nazwy.
Po drodze braliśmy paliwo w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich.

 

Choroby 2 kolejnych kapitanów we wspomnienach z rejsu w 1967

 

Po wypłynięciu z Las Palmas, gdy byliśmy już dobę jazdy na północ, nowy kapitan (A. Sobczak) powiadomił mnie, że ma bardzo silne bóle brzucha, na dole z prawej strony – nic tylko zapalenie wyrostka robaczkowego!
Decyzją nowego kapitana (chorego) postanowiliśmy zawrócić do Las Palmas, było najbliżej. Na redzie Las Palmas przypłynął na statek lekarz i oczywiście stwierdził ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Kapitan od razu pojechał do szpitala na operację.

** Sytuacja się skomplikowała, gdyż ja nie mogłem zostać jeszcze kapitanem, nie miałem odpowiedniego dyplomu ani doświadczenia. Staliśmy na kotwicy i czekaliśmy, aż przypłynie inny statek z kandydatem na kapitana na "Hucie Sosnowiec".

* Pierwszy oficer z tamtego statku (nie pamiętam jego nazwy) zaokrętował do nas jako kapitan (Tadeusz Olechnowicz, późniejszy kapitan żaglowca szkolnego "Dar Pomorza" a następnie "Dar Młodzieży"). Z nim, jako kapitanem, popłynęliśmy do portu wyładunkowego w Norwegii, a następnie po załadunku rudy żelaza w Narwiku – gdzie silny sztorm w nocy zaczął nas dryfować na skalisty brzeg i musieliśmy wybrać kotwicę i rzucić ją ponownie w bezpiecznym miejscu zatoczki – wróciliśmy do Szczecina.

* Tu obydwaj chorzy, kapitan i I-oficer, wrócili już zdrowi na statek. T. Olechnowicz wyokrętował, ja wróciłem na stanowisko II-oficera, a asystent – został asystentem.

* Zrobiłem jeszcze jeden rejs i 1.4.67 r. wymustrowałem na dni wolne (2–10.4.67 r., niewiele było wówczas tych dni wolnych).

 

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski