51. OMIJANIE 4 HURAGANÓW: Humberto, Iris, Karen i Luis.

 

51. OMIJANIE 4 HURAGANÓW: Humberto, Iris, Karen i Luis.

[55]– „Studzianki” – 1995 r. DWT = 33 450 t.  L = 199 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako kapitan, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:

Mijając Azory w drodze z Europy do USA odbieramy informacje o 4 huraganach, które dosłownie zagradzają nam przejście przez Atlantyk w naszej drodze do Zatoki Meksykańskiej. Muszę uważnie nanosić na mapę ich pozycje i przewidywany ruch z prognoz pogody, aby nie nadziać się na któryś z nich!
Najpierw należało rozminąć się bezpiecznie z tym najbliższym, o nazwie "HUMBERTO". Huragany dawniej nazywane były imionami kobiet, ale z powodu ich protestu (to znaczy protestu kobiet, nie huraganów) od pewnego czasu huragany otrzymują na zmianę imię żeńskie a następny imię męskie, i tak dalej, alfabetycznie. Huragany na Atlantyku występują od lipca do października, i jest ich każdego roku kilkanaście.


Tak więc 29.8.95 r. płynąłem kursem południowo-zachodnim tak, aby opłynąć huragan 300 mil od wschodu i południa. Ta strona huraganu, czyli wschodnia, jest bardziej niebezpieczna i duże falowanie ma większy zasięg niż po jego stronie zachodniej, uważanej za bezpieczniejszą.
Ale przejść przed huraganem na jego stronę zachodnią nie mogłem. Komunikaty dotyczące pozycji każdego z huraganów i ich przewidywana dalsza trasa, podawane są co 6 godzin przez radio. Inna sprawa, że żadna prognoza, nawet na najbliższe 16 godzin, dokładnie się nie sprawdziła.
Teraz też "Humberto" miał iść na północ, a w komunikacie z 29/8 o godz. 22.00 podano, że skręcił wprost na nas! Od razu zmieniłem kurs o 90 stopni w lewo, aby mu zejść z drogi.

 


I niech sobie uważny czytelnik pomyśli co by się stało, gdybym kursu nie zmienił tak radykalnie w lewo?
Następnego dnia rano, o godz. 09.30, pękła rura paliwowa silnika głównego! Stanęliśmy w dryfie i naprawa trwała 12 godzin do godz. 21.30! Cały czas wszyscy drżeliśmy, aby huragan nie skręcił w naszym kierunku, bo znaleźć się w pobliżu jego oka bez silnika to... Kropka.
Huragan jakby wiedział, że dalej nie możemy mu zejść z drogi, skręcił i dosłownie obszedł nas łukiem od strony północno-zachodniej w odległości 200 mil i dopiero potem wrócił na "swój poprzedni kurs", czyli na północny wschód.

******

 

Wspomnienia kapitana PŻM z przeżytych na morzach huraganów

 

Pozostały jeszcze trzy huragany. Już tyle lat pływam przez Atlantyk i jeszcze nigdy nie spotkałem aż 4 huraganów jednocześnie! Każdy z nich ma zasięg, czyli średnicę, około 300 mil, czyli prawie 600 km!


Następnego dnia rano znów "stop maszyna". Znów pękła rurka paliwowa, ale w 1 godzinę mechanicy ją zreperowali.
Następnego dnia, w piątek, 1.9.95 r. zatrzymałem statek w dryfie na 12 godzin, od 09.00-20.30. Te trzy huragany tak mi zagrodziły drogę na zachód, że mogłem tylko stanąć i poczekać, aż one trochę się odsuną.


"IRIS" i "KAREN", które były najbliżej przede mną, odeszły na północ i 3.9.95 r. połączyły się w jeden huragan! Drogę miałem chwilowo oczyszczoną na zachód.
Na południe był jeszcze huragan "LUIS". Szedł równolegle z nami, z tą samą szybkością, w kierunku zachodnim. Huragan ten rozwinął się do niebywałej siły.    
Ciśnienie w jego "oku" o średnicy 30 mil, czyli 55 km, spadło do 938 milibarów! Wiatr w pobliżu oka wiał z prędkością 265 km/godz., jego zasięg wynosił 600 mil (1.100 km)!


Huragany na tej dolnej szerokości geograficznej (10...20 stopni) zazwyczaj idą na zachód, potem na NW, N i NE. Z początku przesuwają się z prędkością 10-13 mil/godz. Gdy zakręcają na północ, zwalniają do 4-9 mil/godz., a potem przesuwają się z prędkościami do 45 mil/godz. Taką szybkość miał później "LUIS".
Nie można od nich uciec, gdyż statki mają szybkość 13...15 węzałów.
Teraz na zakręcie zwolnił, my wyciskaliśmy z maszyny ile się da, i o północy z 6/9 na 7/9, przeszliśmy ok. 300 mil przed nim, to jest przed jego OKIEM, na jego zachodnią stronę. Dalsza jazda przez Cieśninę Florydzką i Zatokę Meksykańską do Nowego Orleanu na rzece Missisipi była bez przygód.

 

 

Walka z 3 huraganami widziana oczami kapitana z kapitańskiego mostka

 

*

W N. Orleanie w tym czasie ładował także "Syn Pułku" który, chyba w zeszłym roku, zapalił się, gdy był na środku Atlantyku, w nocy. Zapaliła się jedna z kabin, a potem cała nadbudówka. Zginął jeden człowiek. Teraz statek ma nadbudówkę obniżoną o 1 piętro.
(Kilkanaście dni temu, na stoczni w Gdyni, w nocy zapalił się inny statek PŻM "Obrońcy Poczty", na którym we własnej kabinie zaczadział na śmierć kapitan statku, a cała górna część nadbudówki spaliła się.)


&&&

Po wyjściu z portu w morze, płynęliśmy w stronę Florydy, obserwując przesuwanie się następnego huraganu o nazwie "MARILYN". Przesuwał się prawie dokładnie tą samą trasą co ostatnio opisany huragan "Luis". Przy wyjściu z Cieśniny Abaco (między wyspami Bahama) na Atlantyk, przepuszczam huragan ze 250 mil przed dziobem i dalej mam wolną drogę. W tym samym czasie "Syn Pułku", który wyszedł 1,5 doby przed nami, przecina drogę tegoż huraganu 210 mil przed nim i ucieka na wschód. Mieli szczęście, że huragan nie skręcił za nimi. Zresztą innej drogi nie mieli, aby go przepuścić musieliby stracić 1 dobę.

 

&&&

Wyładunek mamy w MONTOIR, we Francji. Następuje tu podmiana załogi, która wraz ze mną miała za sobą już 180 dni pracy na statku (12 osób). Ja musiałem pozostać na statku, gdyż "zupełnie nie ma kapitanów w rezerwie". Czegoś takiego nigdy w PŻM nie było!
Cóż zrobić, musiałem zostać, choć jestem już zmęczony tymi ciągłymi awariami na statku. Krótkie postoje w portach, nie ma żadnej odskoczni, tylko statek, praca i tak w kółko już 6 miesięcy.

W Montoir wyładowaliśmy połowę ładunku (pasza dla zwierząt). Następnie popłynęliśmy do portu RINGASKIDDY w Irlandii, koło Cork.
Do Ringa..... weszliśmy w piątek w nocy. Zacumowaliśmy o godz. 23.30. Za to w sobotę i w niedzielę nie było wyładunku i można było połazić po okolicy, zupełnie jak na wsi na zamojszczyźnie. Czyste powietrze, pagórki. Bo R. to mała wioska. Na wzgórku jest stary cmentarz, stare celtyckie krzyże (z kółkiem w tym miejscu, gdzie łączą się ramiona krzyża). Porobiłem trochę fotografii.

 

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski