55. Mielizny (cz. 1/4)

 

55/. Mielizny (cz. 1/4)

[26]– „Białystok” (Safi) – 1969/70 r.   DWT = 10 190 t.   L = 134 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako pierwszy oficer, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:

Statek przewoził węgiel, fosfaty, siarkę, jak zwykle. Mieliśmy rejsy: Szczecin – Lizbona, Szczecin – Leixos – Casablanca, Gdańsk – Livorno, Gdańsk – Sfax, Gdańsk – Genua – Civitavecchia, Gdańsk – Aleksandria, Gdańsk – Pireus.
Był długi pobyt na statku ale też było dużo możliwości do zwiedzania bardzo ciekawych miast i zabytków: Lizbona, Leixos-Oporto, Aleksandria-Kair-piramidy, Pireus-Ateny, Genua, Civitavecchia-Rzym, Sfax-Thina (ruiny rzymskie), Livorno-Piza (krzywa wieża).
Musiałem wypływać wymagane 18 miesięcy na stanowisku I-oficera, aby móc pójść na kurs, na dyplom Kapitana Żeglugi Wielkiej.
Było też trochę ciekawych wydarzeń.

 


W rejsie do Safi w Maroku, po fosfaty (kpt. Witold Prowans, z którym, jeszcze jako marynarz, pływałem na statku „Huta Florian”), najpierw staliśmy na kotwicy na redzie czekając na miejsce w porcie. Załadowcy prosili kapitana, aby jak najwięcej balastów wyrzucił stojąc na redzie, gdyż to przyspieszy załadunek. Kapitan posłuchał, ja balasty wyrzuciłem ale statek bez balastów mocno się wynurzył. W czasie wchodzenia do portu wiał silny wiatr od morza, wprost w burtę statku. Powodowało to jego dryfowanie wprost na piaszczystą plażę, koło której bardzo blisko należało przepłynąć, aby wejść za falochron, do portu.

 

*

Na statku był marokański pilot portowy, przed wejściem do portu czekały 2 holowniki. Gdy widać było, że nie unikniemy zdryfowania na plażę, kapitan z pilotem wzywali holowniki, aby wzięły liny holownicze ze statku, po to przecież były! Holowniki się nie ruszyły, czekały specjalnie aż statek oprze się o plażę. Rzuciliśmy obie kotwice (w czasie manewrów kierowałem pracą załogi na dziobie)  – nic to nie pomogło i wylądowaliśmy lewą burtą na plaży.

 

*

Akcja ratownicza trwała cały dzień. Gdy już było oczywiste, że statek sam nie jest w stanie odejść na głęboką wodę, holowniki podpłynęły, aby podpisać z kapitanem umowę o ratownictwo. Oni zobowiązują się ściągnąć statek z mielizny a PŻM za to zapłaci jak za przysłowiowe „zboże”. Cóż było robić, musiał podpisać. Jest to umowa tzw. „No cure no pay”, czyli: „nie uratujesz, nie dostaniesz pieniędzy”.
Oba holowniki ustawiły się w linii za naszą rufą, jeden wziął linę od nas, drugi od tamtego... i zaczęły ciągnąć. Początkowo nawet wszystko szło dobrze dopóki holownikowi, który był bliżej naszej rufy, nie wkręciła się lina w śrubę! Kara boża. Holowniki puściły statek i same się odciągały od plaży. My w tym czasie znów zostaliśmy zepchnięci przez wiatr na plażę! Dopiero po usunięciu liny ze śruby holownika, wróciły one do nas. Tym razem udało im się ściągnąć statek na głęboką wodę i wpłynęliśmy do portu.

 

opowieści kapitana PŻM o napotkanych podczas 35 lat pływania i dowodzenia statkami po morzach i oceanach mieliznach

*

Już następnego dnia można było kupić kolorową pocztówkę z widokiem „Białegostoku” na marokańskiej plaży.

 

Staliśmy kilka dni czekając na decyzję PŻM. Marokańczycy żądali tak wysokiej zapłaty za to ratownictwo (które sami spowodowali, gdyż nie chcieli podpłynąć i wziąć holi i w efekcie tego statek został przez wiatr zdryfowany na plażę), że zastanawiano się czy nie lepiej zostawić im statek jako zapłatę; był stary i niewiele warty. Dobito jakoś targu i po załadunku fosfatów popłynęliśmy do Polski. Później Izba Morska rozpatrywała tę sprawę.

 

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski