57. Prawie mielizna (cz. 3/4)

 

57. Prawie mielizna (cz. 3/4)

[54]– „Powstaniec Listopadowy” (o krok od wejścia na skały.) – 1994 r. DWT = 33 767 t.  L = 195 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako kapitan, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:

W jednym z rejsów, po załadowaniu fosforytów w Sfaxie, Tunezja, popłynęliśmy do Polic koło Szczecina, gdzie fosforyty przerabia się na nawozy.

*

Na Morzu Północnym mgła. Koło Korsor, w Cieśninach Duńskich stojąc na kotwicy, pobieramy paliwo z bunkierki. Rano o godz. 05.00 ruszamy. Biorę pilota na ten krótki odcinek trasy: most – Spodsbjerg. Gdy tylko minęliśmy most i ujechaliśmy z pół godziny,  I-mechanik zgłasza mi, że musimy stanąć na kotwicy bo ma kłopoty z silnikiem. Stanęliśmy na 2 godziny, statek załadowany, wokół mielizny – niech to wszystko szlag jasny trafi, zachciało mi się być kapitanem .... a w szkole wyobrażałem sobie, że będę chodził po mostku z rękami założonymi na plecach ....

 

Do wieczora mżawka. Wieczorem tak gęsta, że widać tylko na 1 do 2 mil. Zerwał się na dodatek silny wiatr, przed północą już 7-8°B i gęsty deszcz. Na redzie Świnoujścia staję na kotwicy o godz. 01.30 po północy (do Polic można wpływać tylko w dzień), a już o godz. 03.00 pobudka (ale wypocząłem!), pilot przyjeżdża i wchodzimy do portu, gdzie cumujemy przy sztormowym (7-8°B) wietrze, a holowniki nie mogą statku dopchnąć do nabrzeża, pod wiatr. Tak, praca kapitana jest pełna radości i romantyzmu, nieprawdaż?

 

W czasie jazdy z pilotem, I oficer co chwila palił papierosa na mostku. Ponieważ ja nie palę i byłem bardzo zmęczony, zwróciłem mu uwagę, aby na mostku nie palił. Wówczas on co 15 minut mówi mi, że musi zejść do kabiny (na papierosa – oczywiście). Nie wytrzymałem i tak go opierd..., że zaniemówił.
– Do kogo pan mówi, do MNIE??
– Tak, jeśli nie rozumie pan normalnego słownictwa, może to do pana dotrze!!!
Po zacumowaniu w Policach wyokrętował on i kilku marynarzy, którzy byli przyzwyczajeni do bimbania za poprzedniego kapitana (np. 2 starsi marynarze byli wielce obrażeni, że w czasie słabej widoczności każę im na wachcie stać na skrzydle mostku!!! Albo, że do rzucenia kotwicy każę wzywać I-oficera i bosmana! Albo, że zwracam uwagę I-oficerowi, aby nie kładł koca na pokładzie zasypanym siarką – opala się!). Niestety bezczelność ludzi nie zna granic.

 

*

 

Po wyładunku płyniemy z Polic do Gdyni, do stoczni na remont. Jest koniec czerwca. W stoczni stoimy do 14 lipca, upały niesamowite! Po remontach płyniemy do Murmańska (a stamtąd do Rostocku).

Tuż po północy, gdy koło południowego krańca wyspy Langeland skręcaliśmy w Cieśniny, zaciął się ster i nie chciał się obracać, co oczywiście groziło wjechaniem na mieliznę przy brzegu wyspy, przy całej naprzód.
Po włączeniu drugiej pompy ster zadziałał normalnie. Mechanicy nie znaleźli przyczyny (ja później podpowiedziałem im jaka jest przyczyna, gdyż już na statku "Janusz Kusociński" miałem taki sam przypadek zacięcia się steru i teraz na statku był ten sam elektryk). Teraz, w połowie lipca, są na północy "białe noce", czyli że nocy w ogóle nie ma.

W Murmańsku od pilota dowiedziałem się, że pilot, z którym na „Hutniku” mieliśmy dawniej zderzenie z okrętem wojennym ZSRR – zmarł.

 

*

 

W Murmańsku statek PŻM "Rodło", w tym samym czasie, ładował blachy stalowe i miał z nimi płynąć do USA. Był u nas I-oficer Mirosław Kamiński, który w ubiegłym roku był na "Rodle", i też z Murmańska z blachami stalowymi płynął do USA. Najkrótsza droga prowadzi od Nordkapu koło Islandii, Grenlandii, Nowej Fundlandii do portów na wschodnim wybrzeżu USA.
Na tej trasie prawie przez okrągły rok są sztormy, gdyż jest to droga najgłębszych niżów przesuwających się od Kanady do północnej Norwegii czy Bałtyku. Jak wspominał MK, eksploatacja zażądała od kapitana, aby tą właśnie trasą płynął (mógł trasę wydłużyć płynąc przez M. Północe i płynąłby szybko, nie narażając statku). Przez 3/4 drogi musieli sztormować i płynęli kilka dni dłużej. Ale geniusze z eksploatacji byli mądrzejsi – a co taki operator wie o zagrożeniu statku, gdy ten z ciężkim ładunkiem wyrobów stalowych, słabo zamocowanych, gwałtownie przechyla się na dużej sztormowej fali? Podpierają się opinią tzw. "specjalistów", którzy nie przewozili takich ładunków, nie pływali na różnych typach statków, nieraz nie byli w bardzo ciężkich sztormach, itd.

 

Opowieść kapitana o tym jak statek „Powstaniec Listopadowy”  prawie wszedł na skały w 1994r.

 

––––––––––––––––––––––––––––––––––-

 


Załadowaliśmy w Murmańsku rudę żelaza i wypłynęliśmy do Rostocku w Niemczech. Odcumowaliśmy o godz. 22.00, nocna żegluga fiordem z portu do morza, znowu cholerna mgła.

*

 

W Cieśninach Duńskich około godz. 01.00 po północy na wachcie drugiego oficera, byłaby tragedia. Płynąłem jak zwykle bez pilota, którego wezmę na 4 godz.: Korsor/most – Spodsbjerg. Na odcinku, gdzie można płynąć spokojnie, tylko koło pławy należy wykonać zwrot, aby nie wjechać na skalistą mieliznę leżącą na kursie, poszedłem na chwilę do kabiny. Nawet jeśli jestem chwilowo w kabinie, to zawsze obserwuję przez okno jak oficerowie płyną. I tym razem patrzyłem czy II-oficer zakręca przy tej pławie. A tu nic... płynie dalej! Bawół stepowy nie oficer.
Przeskakując po 3 schodki trapu wpadłem na mostek, kazałem wyłożyć ster "lewo na burtę" i poleciłem drugiemu oficerowi określić pozycję statku na mapie, nie słuchając jego tłumaczeń, że on "wszystko kontroluje".

Po narysowaniu pozycji na mapie II-oficer zbladł i zamilkł do końca wachty, czyli do godz. 04.00. Pozycja statku była tuż koło mielizny. Gdybyśmy na nią wjechali przy masie statku z ładunkiem (razem 40.000 ton) i szybkości całej naprzód, dno statku byłoby rozdarte.
Do rana jazdę mieliśmy, jak zwykle, wśród mielizn. Cały czas jestem na mostku. Rano (niedziela) podchodzimy do pilota i wchodzimy do portu Rostock.
Przed wzięciem pilota na redzie Rostocku jestem już tak wykończony, że kręci mi się w głowie. A tenże II-oficer o godz . 08.00 zgłasza mi, że ma tak silne bóle żołądka, iż nie jest w stanie chodzić i prosi o zwolnienie z manewrów. Musiałem na manewry cumownicze wysłać na dziób I-oficera, a na mostek wezwałem radiooficera do obsługiwania telegrafu maszynowego. Sam kapitan nie da rady obserwować ze skrzydła mostku jak statek dochodzi do nabrzeża, biegać do telegrafu i zapisywać wydarzenia do Brudnopisu Dziennika Okrętowego.
Zacumowaliśmy ok. 11.00. Upał, duszno.

*

 

Po zacumowaniu agent zawiózł II-oficera do lekarza i wrócił z nim po badaniach z orzeczeniem, że ten musi być wyokrętowany ze statku i odesłany do kraju na dalsze badania i leczenie, gdyż prawdopodobnie zrobił mu się wrzód żołądka. Zleciłem agentowi odesłanie chorego taksówką do Szczecina, gdyż lekarz zabronił wysyłać go pociągiem! Potem otrzymałem z PŻM informację, że w/w rzeczywiście zrobił się wrzód żołądka i otrzymał 1 miesiąc zwolnienia lekarskiego.
Co to może zrobić silny stres (nocna jazda na mieliznę!).
Tylko oczywiście kapitan musi być nie do zdarcia – nie tragizuję, to przeżywają wszyscy kapitanowie.

 

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski