61. Filipiny – rejs 7 miesięcy

 

61. Filipiny – rejs 7 miesięcy

[46]– „Walka Młodych” – 1986/87 r.   DWT = 33 485 t.   L = 198 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako kapitan, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:


W Rouen, Francja, ładujemy pszenicę, którą wyładowujemy potem w Neapolu, Włochy. Tu statek stał prawie w centrum miasta i wyładował część ładunku. Staliśmy kilka dni, było więc dużo czasu na zwiedzanie miasta.

*

Była też całodniowa wycieczka autokarem w niedzielę, prawie całej załogi, gdy port nie pracował. Najpierw pojechaliśmy na wulkan WEZUWIUSZ. Autokar zatrzymał się na zboczu wulkanu i resztę drogi na sam szczyt, do krateru, trzeba przejść na piechotę. Krater można obejść prawie dookoła, ze środka wydobywa się dymek. Ostatni raz wulkan ten wybuchł kilka lat temu, całe zbocze jest pokryte zastygłą lawą. Wygląda jak świeżo zaorane pole, dosłownie.

Opowieść kpt/ Chmielewskiego o rejsie na Filipiny w 1986 roku

Na zboczu wulkanu sprzedają wykrystalizowane kamienie, które wulkan wyrzuca w czasie wybuchu, bardzo ładne. Ja też kupiłem jeden taki piękny rubinowy zlepek kryształów. Ale po kilku miesiącach, w domu, gdy zacząłem go myć pod wodą z kranu – kryształy zupełnie się rozpuściły i odpłynęły z wodą do ścieków! Co to za oszukańczy wulkan, że wyrzuca takie liche kryształy.

*

Następnie pojechaliśmy zwiedzić POMPEJE. Jest to tylko część odkopana starożytnego miasta, które wulkan zasypał razem z ludźmi w czasie wybuchu prawie 2 tys. lat temu . Teraz są odkopane domy, ulice, nawet 1 dom publiczny z kolorowymi malunkami na ścianach, niewielkimi pokoikami i twardymi kamiennymi łóżkami. Nihil novi sub sole, jak mawiali starożytni... Nic nowego pod słońcem, ale jest bardzo dużo chętnych do zwiedzania tego "obiektu". Są odkopane piękne łaźnie miejskie z zimną i gorącą wodą, teatr, stadion, domy mieszkalne.

Relacja kapitana Polskiej Żeglugi Morskiej z rejsu na Filipiny w 1986

Większa część zasypanego miasta leży nadal pod popiołami i zastygła lawą wulkaniczną. Drugim miastem wówczas zasypanym było HERKULANUM. Tu jednak niewiele odkopano.

*

Po wyładunku części zboża w Neapolu, resztę powieźliśmy do innego, małego portu, Torre Annunziata, leżącego na południe od Neapolu. Stąd jeszcze raz sam pojechałem zwiedzić Pompeje, bez pośpiechu.

Relacja kapitana Polskiej Żeglugi Morskiej Wł. Chmielewskiego z 7-miesięcznego rejsu przez Neapol na Filipiny w 1986r statkiem "Walka Młodych"

Po całkowitym wyładunku, 24.9.86 r. wypłynęliśmy do Brazylii.
Był koniec września i za miesiąc mieliśmy być w kraju, a wróciliśmy dopiero w kwietniu roku następnego!
Najpierw zostaliśmy zawróceni z drogi i popłynęliśmy do Jugosławii, gdzie w 2 portach, Rijeka i Kardeljewo (Ploce), załadowaliśmy nawóz, 15.750 ton mocznika w workach, z przeznaczeniem - FILIPINY!. Postój w obu portach 27.9.-17.10.86 r.
W czasie załadunku żony i dzieci członków załogi odjechały pociągiem do Polski.

Nie będę tu opisywał kłopotów ze starszym mechanikiem, który nie chciał płynąć (miał wysokie ciśnienie krwi, tropik mógł mu zaszkodzić - a 2 lata później spotkałem go w Morskiej Agencji w Gdyni, gdzie oczekiwał na zaokrętowanie na jakiś zagraniczny statek i nadciśnienie mu nie przeszkadzało!), PŻM musiał przysłać innego st. mech., a okrętowanie załatwiać w Zagrzebiu. Tak mendoweszki zawsze gdzieś rozrabiają.
W rejsie tym miałem duże kłopoty z załogą.
W czasie zakończenia załadunku, czy wyjścia z portu, I-oficer musiał się upić. Wśród marynarzy była grupa pijaków i obiboków.

*

Przez Kanał Sueski popłynęliśmy na Filipiny. Po drodze, w Singapore, bunkrowaliśmy paliwo. Gdy statek był jeszcze na Oceanie Indyjskim okazało się, że nasi eksploatacyjni geniusze nie dowiedzieli się, że w Manili na Filipinach statki wyładowują własnymi dźwigami! A my dźwigów nie mieliśmy na pokładzie statku. Agent, gdy otrzymał ode mnie odpowiedź, że statek nie ma dźwigów ani bomów, nie chciał w to wierzyć.

Ale peżetemowscy eksploatatorzy z Trampingu Oceanicznego uważali, że zrobili znakomity interes. Statek otrzymywał jakiś tam tzw. demurrage (opłatę za wyładunek trwający dłużej niż ustalony czas), ale nie daje to takich zysków jak fracht za przewóz ładunku. Chyba, że chodzi tylko o to, aby mieć statek "z głowy", że niby ma zatrudnienie.

*

W dniu naszego przyjazdu na redę Manili, 12.11.86 r., na odprawę przybyło 28 osób, odprawa trwała 2 godziny. Weszło też na statek 4 policjantów, którzy aż do naszego wyjazdu z Filipin mieszkali w 1 z kabin statkowych. Musieliśmy ich żywić. Tylko, że przez tych kilka miesięcy nie życzyli sobie ani razu, aby im wymienić pościel! Co kraj to obyczaj.

*

Na redzie staliśmy do 26.11.86 r. W tym czasie organizowałem motorówki dla przewożenia załogi do portu (jedzie 45 minut, koszt 25 $/godz.). Sam też jeździłem na badania mając silne bóle brzucha. Później stwierdzono - wrzód dwunastnicy i zmiany w kręgosłupie uciskające nerwy.
Wreszcie wchodzimy do portu 26.11.86 r. Na kei stają przy burcie 4 dźwigi budowlane i mają wyładowywać na samochody. Za dźwigi zapłaci 36.000 $ PŻM, a czarterujący mu potem odda te pieniądze. Wcześniej były plany, aby jakieś dźwigi przyspawać na pokładzie statku ale "na ryzyko i odpowiedzialność kapitana" - na co się nie zgodziłem.
Postój i wyładunek w Manili trwał 67 dni (12.11.86 r.-17.01.87 r.).

Po naszym przyjeździe filipiński agent statku radził, aby zatrudnić policjantów z karabinami do pilnowania statku, bo jest złodziejstwo i gangsterstwo. Eksploatatorzy z PŻM się na to nie godzili. Już pierwszej nocy złodzieje włamali się do magazynów statkowych i pokradli, co mogli. Więc od następnego dnia przez agenta zatrudniłem 3 uzbrojonych policjantów, którzy przez całą dobę, przez 3 miesiące byli na statku. Złodziejaszki nawet pod wodą obcinali tzw. cynki, bloki cyny przymocowane pod wodą do kadłuba statku, aby zmniejszyć jego rdzewienie. Policjanci do nich strzelali.

Ponieważ ładunek mocznika był z Jugosławii, a wyprodukowano go chyba w Rumunii, na Filipinach rozpoczęto akcję przeciwko wyładowywaniu go, gdyż rzekomo po wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu, ładunek ten mógł być napromieniowany. Agent przynosił mi gazety z artykułami na ten temat.
W Manili, stolicy Filipin, spędziliśmy Boże Narodzenie i Sylwestra. Było gorąco. W noc sylwestrową w mieście był niesamowity hałas. Samochody ciągnęły za sobą co kto mógł, aby głośno hałasować. Od wybuchów sztucznych ogni, petard i kto tam wie czego jeszcze, aż do portu, na statek, ciągnął tak duszący dym, że trzeba było chować się w kabinach. Czegoś takiego w życiu nie słyszałem. A następnego dnia w gazetach napisano, że tej sylwestrowej nocy zostało zabitych tylko kilka osób. Co tam.

Manila, miasto bardzo duże, są dzielnice ładne, nowoczesne, ale większa część to niesamowita nędza, budy i lepianki w jakich u nas hoduje się króliki. Budy stojące na słupkach, aby stada szczurów nie mogły tak łatwo wejść do środka! Na zewnątrz pali się ogniska i coś gotuje. Śmieci nigdy nie wywożone, zgnilizna. Trochę chodziłem, trochę jeździłem z agentem, więc widziałem na własne oczy. W książkach opisuje się to co ładne.
Będąc w szpitalu widzieliśmy jak po korytarzu biegały dobrze odżywione szczury, nawet pokazałem je agentowi. Nikt się tym nie przejmował, szczury też mają prawo do życia.

*

Ja osobiście prawie cały rejs chorowałem na nawracające wrzody dwunastnicy. Po latach żałuję, że wówczas nie skorzystałem ze zwolnienia lekarskiego i nie zażądałem odesłania mnie do kraju. Moje poświęcenie wówczas, jak i wielokrotnie potem, rzadko było doceniane w PŻM. Może tylko to uznam za plus, że przez wszystkie "kapitańskie" lata okrętowałem na duże statki i nie musiałem męczyć się w sztormach na tych małych kaloszach.

Relacja kapitana Polskiej Żeglugi Morskiej Wł. Chmielewskiego z 7-miesięcznego rejsu przez Neapol na Filipiny w 1986r statkiem Walka Młodych

*

Część załogi to byli obiboki i pijacy, włącznie z I-oficerem, którego kilkakrotnie musiałem wpisać do dziennika okrętowego i powiadomić PŻM. Np. III-oficer L. Śl., gdy ja wchodziłem na mostek, brała mapę, opierała ją na oknie i tak prowadziła nawigację! Bezczelność nie do uwierzenia. Czasami już brakowało mi nerwów i rzeczywiście wybuchałem używając niecenzuralnych słów. Po powrocie do kraju te obiboki napisały skargę, że kapitan ich źle traktował; a Dział Kadr, jak dobra mamusia - broniła tych pijaków, i musiałem się tłumaczyć. Ech nie ma to jak emerytura.....
W Manili, prawie obok nas, stał przy kei filipiński mały okręt wojenny. Mogliśmy obserwować ich życie. Hodowali na statku kozy i psy na mięso.

*

Następnym portem był CEBU (mówi się: sibuu) - 430 Mm od Manili, gdzie wyładowano resztę ładunku, dużym dźwigiem służącym do wyładunku kontenerów. Oczywiście w przerwach, gdy nie było kontenerowców. W tym porcie staliśmy 19.01.87r.-11.02,87r. (24 dni).
Obok Cebu leży wyspa MACATAN, gdzie prawie 500 lat temu zginął MAGELLAN. Agent obwiózł nas po okolicy; stoi tam wielki krzyż, wewnątrz którego podobno jest właśnie krzyż postawiony jeszcze przez Magellana! Ale czy to prawda? Są też zabytki z tamtych lat, po Hiszpanach. Mała twierdza, która w tamtych czasach pewnie wydawała się duża, piękny kościółek z ażurowymi, filigranowymi rzeźbami. Wszystko to wydaje się małe w porównaniu z dzisiejszymi budowlami.

Relacja kapitana Polskiej Żeglugi Morskiej Wł. Chmielewskiego z 7-miesięcznego rejsu przez Neapol na Filipiny w 1986r statkiem Walka Młodych

*

Po wyładunku mocznika zbieraliśmy ładunek powrotny do Europy w 5 portach (patrz szkic): ILIGAN, BATANGAS, 2 razy DAVAO (wszystkie na Filipinach) oraz port PASIR GUDANG, leżący tuż obok Singapore. W tych wszystkich portach ładowaliśmy koprę, czyli wytłoki z orzechów kokosowych na paszę dla zwierząt, którą przywieźliśmy do Holandii, do Rotterdamu.
W czasie tych kilku miesięcy opłynęliśmy Filipiny prawie dookoła, byliśmy we wszystkich jej większych portach.

*

W czasie tego długiego postoju w ciepłej morskiej wodzie podwodna część kadłuba statku bardzo obrosła muszlami i wodorostami i szybkość statku znacznie się zmniejszyła. Za zgodą PŻM, gdy statek ładował w Batangas, przylecieli nurkowie z Manili i maszynami oczyścili podwodną część kadłuba z muszli.

*

W czasie odcumowywania z Batangas, wieczorem, gruba lina (cuma) nylonowa, średnicy 8 cm, nawinęła się dookoła śruby! I koniec jazdy. Stanąłem na kotwicy, wezwałem nurków, którzy na nasze szczęście jeszcze nie wyjechali. Za 200 dolarów zapłaconych im z kasy statku, w godzinę obcięli linę i zdjęli ją ze śruby. Gdyby ich tam nie było, musielibyśmy wezwać nurka z innego miasta, a to zajęłoby dużo czasu. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu.

*

Przed wejściem do portu ILIGAN musieliśmy przez całą noc stać w dryfie i dopiero rano mieliśmy cumować do kei. Takie stanie na tamtych wodach jest bardzo niebezpieczne, bo na stojący statek piratom łatwo napaść, a jest ich tam dużo. Jest tyle wysp, że mają się gdzie ukrywać i policja niewiele może zdziałać.

 

***

 

Po załadunku całego ładunku, popłynęliśmy poprzez Singapore, Cieśninę Malacca, Ocean Indyjski, Morze Czerwone, Kanał Sueski, Morze Śródziemne do Rotterdamu. Przed Rotterdamem ładunek w 7. ładowni już zaczął się palić. W porcie działała straż pożarna i byli przy burcie statku.
Tu wyładowano część ładunku, a resztę zawieźliśmy do Hamburga.

 

***

 

W Hamburgu 15.04.87 r. przyjechała autokarem ze Szczecina nowa załoga, a my następnego dnia wyokrętowaliśmy i wróciliśmy do domu. Urlop miałem do 6.10.87 r.
[W czasie rejsu widziałem takie ciekawostki jak całkowite zaćmienie Księżyca w czasie wypływania z Kardeljewa w Jugosławii (pomimo zmartwień można widzieć piękne zjawiska), piękny układ planet: Merkury, Wenus i Jowisz prawie w pionie, tuż po zachodzie słońca, w czasie płynięcia między wyspami na Filipinach. Światło zodiakalne w czasie przepływania przez Zatokę Adeńską, niezwykłe świecenie morza nocą koło Filipin - aż po widnokrąg woda miała mleczno-zielony kolor. W tym też czasie wybuchła gwiazda Nowa w najbliższej nam galaktyce, w Wielkim Obłoku Magellana. W pierwszym rejsie do USA przeprowadzałem co noc obserwacje komety Halleya, które przekazałem do Uniw. Toruńskiego. Mam piękny dyplom z NASA na tę okoliczność. Obserwacji dokonywałem osobiście wykonanym teleskopem, do którego soczewkę zakupiłem w Polskim Towarzystwie Miłośników Astronomii (do którego należałem) w Krakowie (p. "Powst. Warszawski”).]

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski

 

 

 

 

 

 

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.