66. Powrót do kraju z Paranagua, Brazylia.

 

66. Powrót do kraju z Paranagua, Brazylia.

[55]– „Studzianki” – 1995 r.  DWT = 33 450 t.   L = 199 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako kapitan, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:

W drodze z Ringaskiddy do Brazylii, bunkrowaliśmy na redzie Las Palmas. Tu, po moich stanowczych teleksach, łaskawie przysłano speca do naprawy radarów, gdyż oba radary były uszkodzone. Okazało się, że spec, który specjalnie przyleciał ze Szczecina do Las Palmas, otrzymał od inspektora do spraw radiowych armatora tzw. płytkę do wymiany w radarze, ale nie do takiego jaki jest na statku! Spec naprawił oba radary, płynęliśmy dalej w kierunku Brazylii i po 2 dniach oba radary zepsuły się ponownie.

Tydzień przed redą Paranagui wysłałem teleks do Kadr PŻM z prośbą o urlop i wyokrętowanie w Paranagua. Na redzie zewnętrznej staliśmy kilka dni z powodu prawie nieustających opadów deszczu. Po 6 dniach naszego postoju na kotwicy, przyleciał ze Szczecina nowy kapitan. Ja jeszcze 2 dni byłem na statku czekając na lot powrotny.


Opis podróży (samolotami) z Paranagua (Brazylia) do Szczecina.Podróż do domu na urlop po długim rejsie w kapitańskiej relacji Wł. Chmielewskiego
Ze statku odjechałem motorówką w sobotę, o godz. 15.00. Do kei w Paranagua płynąłem 40 minut, w niesamowitym upale. Koszulę miałem kompletnie mokrą. Następnie jechałem samochodem, pod nadzorem brazylijskiego pogranicznika, półtorej godziny z Paranagua do Kurytyby. Po godzinnym oczekiwaniu, dalej "pod ochroną", samolotem do Sao Paulo. Tam po przekazaniu mnie na lotnisko międzynarodowe, ochroniarz powrócił do Paranagui, a ja 2 godziny czekałem na samolot. Samolotem tym poleciałem do Rio de Janeiro, gdzie znów przesiadłem się na inny samolot i poleciałem do Londynu. Lot trwał około 13 godzin, od godz. 23.00 do 14.00 z tym, że czas został przesunięty o 3 godziny do przodu. Z Londynu, następnym samolotem, poleciałem do Kopenhagi. Tu znów czekałem 2 godziny. I znów następnym samolotem poleciałem do Berlina, gdzie byłem o godzinie 21.00. Stąd samochód zaaranżowany przez PŻM zawiózł mnie do Szczecina i byłem w domu w niedzielę o godz. 23.00.

 

Długa to była podróż z przesiadkami w Paranagua, Kurytyba, Sao Paulo, Rio de Janeiro, Londyn, Kopenhaga, Berlin. Ten ochroniarz dlatego jechał i leciał ze mną samolotem aż do Sao Paulo, gdyż Polacy muszą mieć w Brazylii wizy. Nie wiem dlaczego, zamiast wyrobić mi wizę, płaci się o wiele więcej za ochronę, abym nie uciekł, gdzieś na teren Brazylii; zupełny idiotyzm. Po 209 dniach pracy na statku miałem urlop, a dozwolony czas zaokrętowania wynosi 210 dni. Tak jak w poprzednim roku, na poprzednim statku, zostałem przetrzymany maksymalną, dozwoloną ilość dni. Widocznie jestem niezastąpiony.
A inna sprawa to 40-letnia rocznica. Od czasu mego pójścia do szkoły morskiej w 1955 roku minęło właśnie 40 lat.

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski