81. Uroki pływania na małym statku. Wieluń. („kara” cz. 2/2)

 

81.  Uroki pływania na małym statku. Wieluń. („kara” cz. 2/2)

[53]– „Wieluń” – 1993 r.  DWT = 4 447 t.   L = 84 m.

 

Onego czasu byłem zaokrętowany jako kapitan, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:

Na poprzednim statku „Kopalnia Borynia” przeciwstawiałem się tzw. dyrekcji, aby pływać ze zgiętym masztem i światłami masztowymi świecącymi w niebo – co doprowadziło do utworzenia się u mnie 2 wrzodów na dwunastnicy i zapalenia śluzówki żołądka, musiałem wyokrętować ze statku i wrócić z Brazylii do kraju na leczenie trwające 2 miesiące – więc gdy po leczeniu mogłem okrętować, najpierw zebrała się komisja i za rzekome zakupy przeze mnie żywności po zawyżonych cenach – postawili ultimatum:
albo za karę zaokrętuję na ten mały statek albo na żaden. Jakie to żałosne.

Ponieważ w zasadzie nie było powodu, aby kategorycznie odmówić mustrowania, zamustrowałem 23 lipca na „Wielunia” stojącego w Gdyni.
Rejsy mamy różne. Ze złomem z Kłajpedy (Łotwa) do Pasajes (Hiszpania), gdzie latem temperatura przekraczała 30°C, a st. mech. nie chciał włączyć klimatyzacji bo miał od swego szefa z PŻM polecenie, że musi oszczędzać agregaty! Co tam, że załoga traci zdrowie, to przecież dla nich pestka, oni siedzą w klimatyzowanym biurowcu.

Kajuta kapitana - statek "Wieluń" - we wspomnieniach kapitana

*

 

Po wypłynięciu z Pasajes idziemy na bliską redę Bayonne, wieczorem stajemy na kotwicy, jest wysoka fala miotająca tym stateczkiem – a załoga musi teraz w nocy wyczyścić ładownie pod ładunek pszenicy!!! Pierwszy oficer zamiast dopilnować otwierania ładowni, aby przy tych przechyłach klapy nie pospadały – taktycznie zamyka się w kabinie –  w razie czego "on nic nie widział"; ale przywołałem go do porządku. Nad ranem wchodzimy do portu, ładujemy pszenicę i zawozimy ją do Amsterdamu.

*

 

W następnym rejsie ładujemy pszenicę w Rostocku i płyniemy aż do portu Cagliari na Sardynii.

W Rostocku byłem z radiooficerem u lekarza, którego izba przyjęć była na terenie portu (pozostałość po NRD). Ja miałem zwichniętą prawą nogę w kostce a radio miał bóle głowy. Mówił, że pracował w pomieszczeniu przetwornic i od tego czasu słyszy często jakieś piski. Lekarz go zbadał, niczego nie zauważył i zalecił udanie się w kraju do neurologa. Mnie lekarz zapytał na co chorowałem, więc powiedziałem, że na wrzody na dwunastnicy, ale teraz boli mnie noga. Potem agent przyniósł mi leki na wrzody dwunastnicy, ale już niczego nie prostowałem, nie było czasu.

Agent opowiadał, że ta ich kapitalistyczna prywatyzacja po zjednoczeniu Niemiec polegała na tym, że bogate przedsiębiorstwa "mające chody" kupiły statki i nabrzeża portowe dosłownie za pół-darmo. Takie są zasady gospodarki kapitalistycznej, pardon – wolnorynkowej.

*

 

Po wyjściu z Rostocku płynę przez Sund koło Kopenhagi, gdzie na kotwicy bierzemy paliwo. Po wyjściu na M. Północne mamy sztorm z północnego zachodu, 8°B, a mamy płynąć na południowy zachód, czyli wiatr i fala byłby w burtę. Sypialnia kapitana na statku Wieluń w kapitańskich wspomnieniach
Płyniemy z wiatrem cały dzień. Sztormowe fale nadchodzące od rufy pięknie doganiają statek, wpadają na pokład, przelewają się przez niego i lecą dalej. Przed nocą musimy wykonać zwrot pod wiatr i fale, aby w nocy sztormować dziobem do fali. Wykonywanie zwrotu w nocy, gdy fal nie widać, może zakończyć się wywróceniem statku.

Choć i płynięcie statkiem, mającym dużą falę zza trawersu, było niejednokrotnie przyczyną wywrócenia się statków i ich gwałtownego zatonięcia. W czasie zwrotu, gdy przez chwilę płynęliśmy burtą do fali, było kilka tak wielkich przechyłów, że pierwszy oficer trzymał się za serce, a część załogi przybiegła na mostek ze strachu. Mnie także nie było wesoło. Zwrot zakończył się szczęśliwie.

Po północy wiatr trochę ucichł i mogliśmy znów zmienić kurs i płynąć z wiatrem w kierunku Dover. Każda fala zalewała pokład, gdyż statek miał pokład tylko 70 cm nad wodą – to już chyba wikingowie czuli się bezpieczniej w drodze do Winlandii! Taka już jego konstrukcja. W tym sztormie zaginął jakiś mały statek, podawano przez radio i proszono statki o obserwację, może ktoś coś zobaczy. Małe statki ciągle gdzieś toną, najczęściej ładunek im się przesuwa i przewracają się.

*

 

06.09.93 r. jesteśmy w Kanale La Manche i prognozy pogody na Biscay zapowiadają wiatr południowo-zachodni 8 do 9?B. W takiej pogodzie, takim statkiem, już płynąć nie można, więc staję na kotwicy koło wyspy JERSEY (Francja). Stoję 4 dni czekając na poprawę pogody.

 

*

 

10.9.93 r. prognozy zapowiadają zmniejszenie się siły wiatru i od godz. 20.00 płyniemy przez noc w kierunku Ushant i Biscayu. Ale następnego dnia, gdy byliśmy przy USHANT, prognoza pogody mówi, że cyklon "FLOYD", który dotarł aż tu, wieje z siłą huraganu 10 do 11°B! W żaden sposób przed nim nie uciekniemy.
Po uzyskaniu zgody władz francuskich, pod wieczór staję na kotwicy w zatoce Duarnenez, niedaleko Brestu. Trudno było przy tym silnym wietrze podejść blisko wejścia do portu i rzucić kotwicę w miejscu wskazanym przez kapitanat portu.
Stanęły tam aż 23 statki, tej samej wielkości co nasz, aby przeczekać huragan. Wówczas zatonął na Biscayu statek takiej samej wielkości jak nasz, 100 m długości, przewrócił się i jeszcze dość długo unosił się na wodzie, podawano jego pozycję, aby nie najechać na jego wywrócony kadłub. Załogę zabrały na ląd helikoptery z Hiszpanii.

Następnego dnia ciśnienie spadło do 971 milibarów, a wiatr miał siłę 10°B! Ależ to huragan. Jeden statek, stojący niedaleko od nas, ciągle dryfował razem z kotwicą i 3 razy zmieniał pozycję kotwiczenia. Współczułem tamtemu kapitanowi i załodze, która w tym huraganie musiała iść na dziób, podnieść kotwicę, ustawić statek w bezpiecznej pozycji w stosunku do pozostałych statków i mielizn i rzucić kotwicę. Jeszcze przez następne 2 dni był sztorm zanim mogliśmy płynąć. Staliśmy na obu kotwicowiskach łącznie 7 dni. Gdy wiatr zelżał i fala zmalała, statki opuściły schronienie.
My także popłynęliśmy w dalszą podróż. Co prawda fala na Biscayu mocno nami szarpała, ale to normalne.

*

 

Na redę Cagliari przypłynęliśmy po północy, kazano nam rzucić kotwicę. Potem około godz. 06.00 ją podnieść, wziąć pilota, i weszliśmy do portu.

Cagliari to bardzo sympatyczne miasteczko leżące na południowym brzegu Sardynii. Przyjemnie się spaceruje po wąskich uliczkach, wśród starych budynków. Ciekawe jest muzeum. Nie opisuję tego dokładnie bo to nie przewodnik turystyczny.

*

 

Pewnego dnia i tu zerwał się cholernie silny wiatr. Kapitan średniego statku chciał, w celach oszczędnościowych, odcumować i wyjść z portu bez holowników. Musiał jednak obrócić statek o 180 stopni w kierunku wyjścia z basenu portowego. No i miał oszczędności. Wichura po prostu wepchnęła go na nabrzeże, uszkodził sobie ster i o mało nie uderzył w inny statek. Zacumował ponownie i remontował się kilka dni, tak zaoszczędził.

*

 

Radiooficer zgłosił, że pewnej nocy, gdy spał, zauważył, że do jego kabiny przez otwarty bulaj wchodzą czyjeś nogi! Zerwał się, narobił krzyku, wybiegł z kabiny. Nikogo nikt nie widział, choć podobno na obrusie leżącym na stoliku przy bulaju były odciśnięte ślady butów.

Relacja kapitana PŻM z rejsu statkiem "Wieluń" w 1993r

*

 

Po wyładunku pszenicy w Cagliari popłynęliśmy do hiszpańskiego portu Garrucha (nad M. Śródziemnym), gdzie załadowaliśmy kamienie z przeznaczeniem dla Szwecji; już ci Szwedzi nie wiedzą co mają przywozić, jakby u nich brak było kamieni. Wyznawcy Jehowy przyszli nas uświadamiać, ale chętnych do słuchania nie było.

Załadunek trwa kilka godzin i o godz. 22.00 wypływamy z portu. Już po 4 godzinach żeglugi zaczął wiać sztormowy wiatr. Południowo-zachodni, 8°B. Nasza szybkość wynosiła tylko 3,5 węzła = 6 km/godz.

*

 

Około godz. 10.30 rano załoga jakiegoś statku podaje przez radio, że statek przewraca się i tonie, a załoga opuszcza statek na tratwach ratunkowych! Według podanej odległości od cypla, jest to niedaleko od nas, ale nie wiemy w jakim kierunku. Dopiero po kilkunastu minutach inny statek podał przez radio, że jest ze 2 mile (3,5 km) od tonącego statku i płynie w jego kierunku. Teraz i my wyznaczyliśmy na mapie jego pozycję i zmieniliśmy kurs w jego kierunku, na tyle na ile pozwalały warunki sztormowe, dla nas też niebezpieczne.

Zgłosiłem do stacji brzegowej, naszą pozycję, kurs, szybkość. Przewrócony statek był od nas w odległości 5 mil, ale nasza szybkość była taka mała. Widzieliśmy ten przewrócony mały statek przez lornetki. Może po pół godzinie statek, prom, który podpłynął do niego podał, że zabrał ludzi z tratwy, więc wróciliśmy na kurs w kierunku Gibraltaru. Statek, który przewrócił się, był wielkości naszego. Przesunęły mu się kontenery na pokładzie. Dobrze, że stało się to w dzień, był widoczny i załoga szybko została uratowana. W nocy pewnie by zginęli.

*

 

Cały dzień czułem się bardzo źle. Te sztormy na tym małym statku, jeden statek zatonął na M. Północnym, drugi na Biscayu, trzeci na naszych oczach na M. Śródziemnym, tego już za dużo.

Następnego dnia, 2.10.93 r., nadal wieje wiatr sztormowy z kierunku zachodniego, czyli w dziób. I taka jesienna, sztormowa pogoda będzie dalej na Atlantyku, Biskaju, Północnym....

Ponieważ cały czas czuję się bardzo źle, telefonuję do agenta w Gibraltarze, że muszę się udać do lekarza. Jestem odpowiedzialny za załogę i statek, i nie będę ryzykował, czując silny ucisk i ból z lewej strony klatki piersiowej, aż pod brodę.
Znam wypadki, gdy znaleziono członków załogi w kabinach martwych, po zawałach serca.

O godz. 13.20 stajemy na kotwicy na redzie Gibraltaru. Lekarz nie chce przyjechać na statek (jest fala) więc razem z II-oficerem jedziemy motorówką do portu, i z lekarzem do szpitala.

Po badaniu i zrobieniu EKG lekarz decyduje, że muszę zostać w szpitalu. Za zgodą głównego nawigatora PŻM pierwszy oficer zostaje kapitanem i płynie dalej.

Ja od 2-11.10.93 r. jestem w szpitalu w Gibraltarze. Za dużo stresów. Nawrót wrzodu dwunastnicy i zaburzenia w pracy serca. Do Szczecina wracam 12.10.93 r. samolotem: z Gibraltaru do Londynu (tu noc w hotelu), potem do Warszawy i do Szczecina.

Od 14.10-13.11.93r. mam zwolnienie lekarskie. Od 15.11.93 do 13.12.93 r. mam dni wolne. Od 14.12.93 jestem na daymance.

––––––––––––––––––––––––––––––––––

Pewien człowiek, pewnego popołudnia spacerował po targowisku, gdy ktoś szarpnął go za rękaw.
<Jestem śmierć – rzekła postać – przyszłam cię uprzedzić, że mamy spotkać się jutro o godz. 6 rano> ... i odeszła.
Ów człowiek bardzo się przestraszył i postanowił uciec. Sprzedał wszystko co miał, kupił 3 najlepsze konie, trochę jedzenia i pędził na koniach całą noc w pustynię, wykańczając szybką jazdą jednego konia po drugim.
Gdy zbliżała się godzina 6 rano zajechał do niewielkiej oazy na pustyni.
Tu na chwilę zsiadł z ostatniego konia, aby napić się wody.
Gdy podchodził do studni, postać która przy studni siedziała bez ruchu, wstała, spojrzała na zegarek i powiedziała:
<TO NIESAMOWITE, NAPRAWDĘ NIE SĄDZIŁAM, ŻE ZDĄRZYSZ PRZYJECHAĆ NA CZAS> - Była to śmierć.

[Opowieść sufijska z: „Buddyzm codzienny” Guy Claxton, wyd. Pusty Obłok, 1994.]

 

 

 

 

Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski

 

 

 

 

 

 

 

 

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.