RELACJE Z REJSÓW

Relacje z rejsów, wspomnienia z odbytych żeglarskich podróży morskich, oceanicznych lub śródlądowych, żeglarskie wyprawy oczami uczestników, opowieści Żeglarzy o przebytych milach morskich, poznanych ludziach, kulturach, lądach oraz przygodzie na wodzie i pod żaglami.

Wspomnienia z Odysei Grenlandzkiej - część VI

Zanim rozpoczęliśmy nasz rejs, poprzednia załoga opowiedziała nam o miejscu, które odwiedzili za namową znajomych Islandczyków. Ponoć kąpie się tam cały Reykjavik. Naturalny odpowiednik Blue Lagoon, dobrze schowany w górach, gościł naszych klubowych Kolegów przez ponad trzy godziny. Korzystając z okazji, że mamy jeszcze do dyspozycji samochód z wypożyczalni, niezbędny, żeby się tam dostać, postanowiliśmy udać się w to miejsce, w sześcioosobowej grupie chętnych.

Wspomnienia z Odysei Grenlandzkiej - część V

Naszym następnym celem było Akranes. Aby się tam dostać, musieliśmy opłynąć półwysep Snaefellsnes. Mimo pochmurnego nieba humory nam dopisywały. Wszak byliśmy znów w komplecie. Płynęliśmy wzdłuż klifowego wybrzeża półwyspu, oglądając stojące na brzegu latarnie morskie i kilka samochodów kempingowych. Ich użytkownicy chyba nie spodziewali się, że w tak odległym zakątku Europy ich samotność zostanie zakłócona przez dziesięć par oczu z morza, nie mówiąc już o podobnych im właścicielach domków na kółkach.

Wspomnienia z Odysei Grenlandzkiej - część III

Podczas leniuchowania na wciąż nasłonecznionym pokładzie odkryliśmy kolejne ciekawe prawo natury – drobne kawałki lodu, których nie brakowało wokół burt, nie dotykały jej bezpośrednio. Doszliśmy do wniosku, że odpowiada za to napięcie powierzchniowe, a więc dysproporcja sił oddziaływania międzycząsteczkowego wobec cząstek przy powierzchni wody. Spróbowaliśmy też połowu dorsza, niestety, bez powodzenia. Na nasz haczyk skusił się tylko przedstawiciel morskiej flory, nie nadający się do jedzenia.

Wspomnienia z Odysei Grenlandzkiej - część IV

Następny dzień rozpoczęliśmy razem ze stadem fok. Pluskały się radośnie, przejawiając aspiracje do akrobatyki synchronicznej. Nie bały się też aparatów. Może z powodu znacznej odległości, która osłabiała nieco siłę rażenia. Nieco, bo nasi fotografowie byli przygotowani na taką okoliczność, posiadali obiektywy popularnie zwane lunetami.
Wyruszyliśmy w drogę powrotną, ku Islandii. Często jednak obracaliśmy się, żeby popatrzeć jeszcze raz na łańcuch grenlandzkich gór Watkinsa wciąż wznoszący się nad oceanem mimo oddalenia o ponad 80 mil morskich.

Wspomnienia z Odysei Grenlandzkiej - część II

Następne, co pamiętam, to bicie w dzwon, wzywające załogę na pokład. Oczywiście byłem wtedy w optymalnym do szybkiego stawienia się przed obliczem kapitana miejscu, a więc w koi. Na szczęście zdążyłem chwycić sztormiak, na buty i czapkę zabrakło już rąk, a może nóg. Powodem alarmu było przekroczenie przez nas kręgu polarnego – przez niektórych po raz pierwszy w życiu.