Wspomnienia z Odysei Grenlandzkiej - część V

Naszym następnym celem było Akranes. Aby się tam dostać, musieliśmy opłynąć półwysep Snaefellsnes. Mimo pochmurnego nieba humory nam dopisywały. Wszak byliśmy znów w komplecie. Płynęliśmy wzdłuż klifowego wybrzeża półwyspu, oglądając stojące na brzegu latarnie morskie i kilka samochodów kempingowych. Ich użytkownicy chyba nie spodziewali się, że w tak odległym zakątku Europy ich samotność zostanie zakłócona przez dziesięć par oczu z morza, nie mówiąc już o podobnych im właścicielach domków na kółkach.

W pewnym momencie Igor wypatrzył orkę. Skakała przez fale w połowie naszej odległości od brzegu. Warto nadmienić, że nie byłem wtedy w koi, tylko na pokładzie, podobnie, jak większość załogi. Po chwili obserwacji czarno-białego ssaka ktoś zauważył, że orce towarzyszy druga, acz dużo mniejsza. Wykorzystując wrodzoną rześkość umysłów domyśliliśmy się, że na naszych oczach dokonał się cud narodzin.

Następnymi przedstawicielami fauny, których spotkaliśmy na swojej drodze, były dorsze. Spotkanie to było z naszej strony dość nachalne, bo zaproszenie na pokład poparliśmy wędką. Skipper, wiedząc o zwyczajach tych ryb, rozkazał zatrzymanie jachtu w miejscu, gdzie głębokość wynosiła trzydzieści metrów. Po stanięciu w dryfie, zamoczyliśmy kija. Mieliśmy tylko jednego, co oszczędziło trochę rybich istnień. Wędkowanie polegało na opuszczeniu „pilkera” na dno i wyciągnięciu z powrotem. Resztę załatwiał tłok panujący w otchłani – jeden z przedstawicieli stada, nie mając zapewne miejsca do manewru, dał się schwytać skipperowi za ogon. Natychmiast ustawiła się kolejka chętnych do wędkowania. Stanęła w niej nawet jedna wegetarianka. Z tego powodu kambuz serwował na kolację smażoną rybę ze smażoną rybą. Wszyscy najedli się do syta. Agata ugotowała ogromny garnek zupy rybnej, której jednak tego wieczoru nikt już nie miał siły ruszyć. Za to następnego dnia wszystkim, oprócz wyżej wymienionej i jeszcze jednej wegetarianki, trzęsły się uszy.

Akranes ugościło nas basenem, w którym mogliśmy popływać, a także posiedzieć w jackuzzi i na zjeżdżalni. Z tym, że siedzenie na zjeżdżalni kończyło się zwykle kąpielą w basenie, najdalej po dwóch sekundach. Kto by pomyślał, że tak prosta czynność, do której codziennie wykorzystujemy swoje pośladki, może sprawić tyle trudności, a zarazem frajdy. Przemieszczanie się między basenem pływackim, zjeżdżalnią a jacuzzi odbywało się biegiem, z powodu temperatury – termometr obiecywał trzynaście stopni, mokry i skąpo odziany mieszkaniec tropikalnej Polski odczuwał znacznie mniej.

Po basenie poszliśmy na pizzę, zapewne powodując wewnętrzną ulgę wachty kambuzowej. Ponieważ pizzeria nie zapewniała stołów, tylko kartonowe pudła, z naszym obiadem udaliśmy się do pobliskiego pubu, którego właściciel wspaniałomyślnie pozwolił nam wnieść ów obiad do środka. Takoż, przy pizzy popijanej piwem, oglądaliśmy mecz islandzkiej ligi piłki nożnej.

Następnym przystankiem był Keflavik. To tam wylądowaliśmy po przybyciu na Islandię, tam też mieszkają Dominika i Artur. Okazało się, że nie tylko oni – gdy szukaliśmy w porcie miejsca do przybicia, przyglądał nam się jegomość siedzący w samochodzie, na nabrzeżu. Jest to dość popularna rozrywka Islandczyków, ale on oddawał się jej ze szczególnym zaangażowaniem.  Gdy przybiliśmy i wspięliśmy się cztery metry po drabinie (był odpływ), okazało się, że to pilot śmigłowca, który pobrał od nas Anię! Zobaczył nas wpływających do portu, kiedy doglądał budowy swojego nowego domu.

Port w Keflavik - relacja z rejsu Islandia - Grenlandia

Fot. Jacek Guzowski

Poznał nas po pontonie, w który kilka dni wcześniej próbował trafić liną. Swoją wizytą u nas wywołał ogólną radość. Pierwszoplanowi bohaterowie akcji ratunkowej wymienili opinie, zapozowali do zdjęć i podziękowali sobie za współpracę.

Pomysł na spędzenie popołudnia podsunął Wojtek. Gdy był na Islandii dwa lata wcześniej, odwiedził Blue Lagoon – oswojone gejzery, gdzie można zażyć ciepłej kąpieli i kuracji odmładzającej. Jagoda, która nie była skora się jeszcze bardziej odmładzać, została na jachcie, mimo przerażającego towarzystwa miejscowych wędkarzy, skorych dzielić się swoją zakrwawioną zdobyczą. Warto nadmienić, że Jagódka ma serce wyjątkowo wrażliwe na zwierzęcą krzywdę.

Na miejsce dojechaliśmy autobusem. Podczas podróży przez bardzo skalistą krainę, nagle ukazały nam się lazurowe jeziorka, okraszone kłębami pary. Tuż obok była... elektrownia termiczna. Nie ma to jak siła natury. Warto w tym miejscu nadmienić, że wody termalne występują na Islandii w ogromnej ilości. Dlatego w każdej, nawet malutkiej miejscowości jest basen, a woda pod prysznicem w portach dziwnie pachnie.

Blue Lagoon była tym, czego potrzebowaliśmy po tak wyczerpującej, acz bardzo mile wspominanej, wyprawie. Po przebraniu się w stroje kąpielowe i przebrnięciu przez mrożący całe ciało, ośmiometrowy odcinek od drzwi wyjściowych do basenu, zanurzyliśmy się w niebieskiej, gorącej wodzie. Wokół całego kąpieliska były umieszczone pojemniki z białą mazią.

Gejzery Blue Lagoon - wspomnienia z rejsu Islandia - Grenlandia

Fot. Jacek Guzowski

W zamierzeniu zarządców tego przybytku miała służyć pielęgnacji cery, my wykorzystaliśmy ją jako charakteryzację do zdjęć. Dodatkową uciechą był bar serwujący zimne napoje. W tak niezwykłym miejscu były one ogromną pokusą – byli wśród nas tacy, którym szybko skończył się limit na magnetycznym kluczu, wynoszący około siedemdziesięciu złotych.

Wieczorem odwiedzili nas Dominika i Artur. Wszak mieszkali zaledwie kilkaset metrów od portu. Zrobiliśmy grilla, a przedmiotem konsumpcji były ryby podarowane nam przez wędkarza, jeszcze zanim zostawiliśmy jacht pod opieką Jagody.

Ostatni etap – powrót do Reykjaviku, miał być relaksem. Niestety nie był, za sprawą pogorszenia się stanu Ani. Ponieważ do portu zostało nam półtorej godziny, skipper nie zdecydował się wezwać śmigłowca, wykorzystaliśmy jednak maksymalnie siłę wiatru i motoru. Na nabrzeżu miała na nas czekać karetka. Po raz kolejny na medal spisała się Marta, niosąc pomoc chorej. W porcie, do którego wpłynęliśmy z prędkością siedmiu knotów, umieściliśmy Anię na noszach i oddaliśmy w fachowe ręce ratowników, w towarzystwie Marty. Reszta dnia przebiegała spokojnie, cieszyliśmy się stałym lądem pod stopami, ciepłym prysznicem i rozpoczęliśmy przygotowania do oddania jachtu następnej załodze.

Następnego dnia postanowiliśmy zwiedzić ABC Islandii. W tym celu Wojtek z Agatą udali się do wypożyczalni samochodów, po pojazd mogący pomieścić nas wszystkich, z wyjątkiem osoby niezbędnej do pilnowania jachtu – duża fala nie pozwalała nam zostawić go bez opieki. Do tej roli dobrowolnie zgłosił się skipper, poznanie Islandii zostawiając nam i naszemu sprzętowi rejestrującemu obraz.

Pierwszym punktem na naszej trasie był park Pingvellir. W tym miejscu łączą się dwie płyty tektoniczne – euroazjatycka i północnoamerykańska. Oprócz podłużnej szczeliny, atrakcjami są głęboki na pięćdziesiąt metrów strumień, będący częścią większego rozlewiska i malutka, przeurocza osada.

Później udaliśmy się do gejzerów – wizytówki Islandii. Były one różne pod względem wielkości, aktywności, temperatury wody i koloru. Najciekawszy wybuchał co kilka minut, wzbudzając głośno okazywaną radość turystów z Azji. Wbrew temu, co można zobaczyć w kreskówkach, wybuch gejzeru nie przypomina działania fontanny – wytrysk wody w niebo trwa ułamek sekundy, później słup kropelek wody jest zabierany przez wiatr. Po zaobserwowaniu tego zjawiska i posileniu się, udaliśmy się w dalszą podróż, ku kolejnej wizytówce Islandii, czyli wodospadowi Gullfoss.

Po zostawieniu samochodu na parkingu, mieliśmy do przejścia kawałek ścieżki umiejscowionej na półce skalnej, nad rzeką Hvita. Już z daleka widzieliśmy piękną tęczę, która prawie zawsze towarzyszy w tym miejscu spadającej wodzie. Gdy doszliśmy na miejsce, posłuchaliśmy chwilę szumu wody i zajrzeliśmy w dół, gdzie rozbija się ona na skałach. Oczywiście zrobiliśmy też masę zdjęć.

 

CIĄG DALSZY W SZÓSTEJ CZĘŚCI WSPOMNIEŃ Z REJSU:
„Wspomnienia z Odysei Grenlandzkiej – część VI”

 

Autor: Adam Lenartowski

 

 

 

 

________________________________________________________________________________

Rejs, zorganizowany przez Jacht Klub AZS Wrocław, odbył się w lipcu 2009r.
Kapitan: Jacek Guzowski
Jacht: s/y Panorama, PZ1657, typ RIGEL, długość 15,84 m
Podczas 3 tygodni żeglugi przebyto trasę 1422Nm. W tym czasie jacht był  w ruchu przez 308 godzin, 199 pod żaglami i 109 na silniku.
Załoga odwiedziła Isafjordur, Scoresbysund, Ittoqqortoomitu, Deichmann Fjord, Turner Sund, Roemer Fjord, Stephensen Fjord, Nansen Fjord, J.A.D.Jensen Fjord, Olafsvik, Akranes, Keflavik
http://www.jkazs.wroc.plhttp://www.jkazs.wroc.pl/info-rejsy/etap3-2009.pdf