32. Zderzenie z okrętem wojennym ZSRR w Murmańsku.
[29]- „Hutnik” (Murmańsk) – 1972/73 r. DWT = 14 150 t. L = 156 m.
Onego czasu byłem zaokrętowany jako kapitan, a co się działo – pokrótce Wam opowiem:
W jednym z rejsów, w czasie wchodzenia do Murmańska w nocy, w zimie, z pilotem, gdy świeciły piękne zorze polarne, byliśmy dosłownie o krok od tragedii i szybkiego pójścia do nieba. Święty Klucznik z Nieba już otwierał dla nas Bramy Niebios.
Stanowiska manewrowe na dziobie i na mostku były dobrze obsadzone załogą i dodatkowo studentami, którzy w ten sposób praktycznie zdobywali wiedzę.
Było bardzo ciemno.
Gdy już byliśmy niedaleko Murmańska, blisko ostatniego zakrętu fiordu, nagle z dziobu zameldowano, że przed naszym dziobem chyba jest jakiś nie oświetlony statek i rozjedziemy go!
Naszym statkiem kierował pilot, on znał na bieżąco trasę i wszelkie przeszkody na trasie. Kapitan, który raz na jakiś czas albo pierwszy raz w życiu wpływa do danego portu, nie może dokładnie znać głębokości, przeszkód, lokalnych prądów, zmiany oznakowania, współpracy z holownikami, warunków cumowania w porcie, przepisów miejscowych, chwilowych zagrożeń… itd.
A jednak prawo na całym świecie (prawie), w razie jakiejkolwiek awarii w czasie jazdy z pilotem uzna winę kapitana i nie ma żadnego tłumaczenia, że był pilot i to on wydawał komendy. Kapitan zawsze odpowiada za wszystko: ma też prawo i obowiązek zmienić komendy pilota, gdy jego zdaniem prowadzą one do zagrożenia statku czy, na przykład, nabrzeża. Kapitan też odpowiada za szkody wyrządzone przez holowniki w czasie manewrów, choć nie ma żadnego wpływu na to co one robią, polecenia wydaje im pilot w ich języku. Tak już niestety jest.
Byliśmy już za blisko, aby uniknąć zderzenia. Zapracowaliśmy maszyną „cała wstecz”, jednak dziobem wjechaliśmy w rufę tego statku i zrobiliśmy mu dziurę na 3 metry!
Pilot widział echo wcześniej w radarze, ale nie było żadnych świateł, nie przypuszczał, że „to coś” wjedzie na środek toru wodnego i zakotwiczy!
Przez UKF pilot zapytał czy nie potrzebują pomocy? Powiedzieli, że nie. Zapytał co się stało: okazało się, że to okręt wojenny ZSRR, płynął bez świateł, miał awarię, więc rzucili kotwicę! I taka była przyczyna zderzenia.
Wysłałem I-oficera (Józef Gawłowicz) na tamten okręt wojenny w celu obejrzenia ich uszkodzenia, aby potem nie wmawiano, iż zrobiliśmy więcej niż było naszą „zasługą”. Po powrocie powiedział, że nasz dziób wjechał w ich rufę, rozerwał pomieszczenie, w którym były 54 bomby głębinowe i zatrzymał się tuż przy nich. Gdyby wybuchły, byłby ładny fajerwerk, a my bylibyśmy gwiazdkami lecącymi do nieba.
Nasz statek nie doznał żadnych uszkodzeń, była tylko zdrapana farba na dziobie. Izba Morska nie znalazła winy w naszym postępowaniu. Rozprawa w ZSRR, też uznała winnym statek wojenny i pilot nie został ukarany choć bardzo się bał, że pojedzie polować na białe niedźwiedzie.
Kilka lat później wpływając także w nocy na „Ziemi ….” do Murmańska pilot pyta mnie: ” skażitie pażałsta, kak wasze otczestwo, bo mnie wasz gołos znakomyj” – okazało się, że to ten sam pilot, który był wówczas na „Hutniku”; no i jeszcze kilka lat później będąc w Murmańsku na „Powstańcu ….”, gdy zapytałem wprowadzającego nas pilota o tego znajomego – okazało się, że już zmarł.
Autor tekstu i zdjęć: kpt. Władysław Chmielewski