Był lipiec roku 2002 – czas mojego dojrzewania żeglarskiego i życiowego. Grupą dziesięciu przyjaciół wyruszyliśmy z Pucka do odległego (jak dla nas w tamtym czasie) Kaliningradu na otwartej szalupie typu Drużyna wyczarterowanej od puckiego hom-u. Ja miałem wtedy piętnaście lat i nie byłem do końca świadom rzeczy, które mogą nas spotkać w trakcie rejsu – chyba nikt nie był.
Podam parę szczegółów technicznych, które są niezbędne w dalszym opisie. Jak już pisałem powyżej naszym jachtem była szalupa, która mierzyła 8,25 metra i posiadała 30 m^2 żagla i była obsadzona maksymalną załogą czyli 10 osobami. Wyglądała tak jak na załączonym zdjęciu. Wszystkie rzeczy mieliśmy zabezpieczone w wiaderkach zazwyczaj po tynku, które sukcesywnie zbieraliśmy przed wakacjami. Cóż… komfortu może nie było przesadnego na jachcie ale nie o to wtedy chodziło. Pamiętam że byliśmy tak zapaleni do żeglowania, że nie przeszkadzał nam brak miejsca, brak możliwości schowania się przed deszczem liczyła się tylko przygoda, braterstwo, żegluga i możliwość odwiedzenie innego kraju.
Nie będę opisywać całego rejsu, chciałbym przytoczyć kilka historii które nas spotkały. Pierwszą z nich i zarazem najbardziej mrożącą krew w żyłach (oczywiście 8 lat temu) była sytuacja, gdy nasza szalupa znajdowała się parę mil od wejścia do portu wojskowego Bałtisk. Wiała taka dobra czwórka, żagle mieliśmy zarefowane, połowa załogi oddawała hołd Neptunowi, gdy nagle na horyzoncie ujawił się rosyjski okręt wojenny zmierzający w naszym kierunku. W odległości nie całej mili od nas, wystrzelił czerwone race i w tym momencie wiedzieliśmy że jest coś nie tak. Podpłyneliśmy do ich burty (zachowując bezpieczną odległość, ze względu na falowanie) i kapitan okrętu uświadomił nas że nielegalnie przekroczyliśmy granicę państwa. Po krótkiej wymianie zdań pojawił się koło nas pilot i kazał udać się za nimi do portu. Tak też uczyniliśmy. Trwało to dość trochę bo na jachcie nie było silniki. Do wejścia do portu udało nam się jeszcze podpłynąć na żaglach, ale dalszą drogę robiliśmy już na solidnych wiosłach. Po zacumowaniu, na nabrzeżu czekali na nas chyba wszystkie służby mundurowe obecne w mieście. Nasz kapitan poszedł wyjaśniać całe te zamieszanie, a my czekaliśmy na jachcie, nawiązując kontakty z marynarzami pełniącymi służbę na witającym nas okręcie. Z jednym z nim nawet wymieniłem się kołnierzem z munduru żeglarskiego. Kapitan wrócił po około trzech godzinach i okazało się że Rosjanie wywoływali nas na radiu – a my nie odpowiadaliśmy, bo za bardzo nie mieliśmy możliwości (nasz jacht nie posiadał UKF-ki), drugim powodem zatrzymania był brak bandery naszego kraju. Sprawa skończyła się mandatem w wysokości 10 $ płatnym z góry. A że nie mieliśmy dolarów i była niedziela – kantor był nieczynny ale dla Rosjan nie był to problem. Jakiś dowódca zadzwonił do szefa banku i po niecałej godzinie posiadaliśmy już dolary.
Wtedy uważaliśmy to za świetną przygodę ale jak teraz na to patrzę z perspektywy lat mogło nie być tak kolorowo. Poznaliśmy tam pewnego celnika, który mówił po polsku i dał nam namiar na dyrektora liceum morskiego, mieszczącego się po drugiej stronie miasta.
Dalej zalewem kurońskim żeglowaliśmy do Kaliningradu. Lew – bo tak się nazywał wspomniany dyrektor liceum napisał nam list do władz klubu żeglarskiego w Kaliningradzie o przyjacielskie przyjęcie naszego jachtu w ich klubie.
Wracając jeszcze do Bałtiska, to miasto zrobiło na mnie takie wrażenie, że pamiętam jak bym był tam wczoraj. Wszędzie pełno wojska, w centrum miasta znajdował się olbrzymi plac apelowy, na którym codziennie rano odbywały się apele wojskowe. Na ulicach w ogóle nie widywało się młodzieży, będąc na poczcie po znaczki można było zauważyć wielkie liczydła – zamiast kas fiskalnych. Całe miasto było zamieszkiwane, głównie przez wojskowych.
Kaliningrad był już miastem bardziej zbliżonych do naszych polskich miast. Tam też mieliśmy parę ciekawych przygód, np. przy zamawianiu jedzenie – ale tak to jest gdy w szkołach uczy się już tylko angielskiego. Oczywiście spróbowaliśmy oryginalnego kwasu chlebowego sprzedawanego na ulicy bezpośrednio z beczkowozu. Odwiedziliśmy grób Immanuela Kanta oraz Katedrę na Knipawie.
Drogę powrotną do Polski wybraliśmy już Zalewem Wiślanym, zawijając do Fromborka, Tolkmicka, dalej rzeką Szkarpawą do przekopu Wisły – wypływając z powrotem na Zatoce Gdańskiej.
Na koniec chciałem wspomnieć, że nasz rejs był nominowany w roku 2003 do nagrody Kolosy w kategorii żeglarstwo – niestety na nominacji tylko się skończyło.
Autor: Marcin Gruszczyk